Birma: koniec kłótni w armijnej rodzinie

141

Koncyliacyjna wobec Tatmadaw (armii birmańskiej) postawa Aung San Suu Kyi po 2011 roku rozczarowała wielu. Dała jej jednak zwycięstwo w wyborach i współrządzenie krajem. Trwające przez cały 2016 rok zbliżenie między Suu Kyi a armią było tego logicznym następstwem. Pytanie jednak kiedy dobiegnie końca?

Jeśli odłożyć na bok ideologie, to walka polityczna w Birmie w latach 1988-2015 była po prostu kłótnią w armijnej rodzinie. Córka założyciela armii i państwa, generała Aung Sana, Aung San Suu Kyi, rzuciła wyzwanie rządzącym kolegom jej ojca (oraz ich następcom). Rzecz jasna walka ta była przedstawiana jako starcie demokracji (zwolennicy Suu Kyi) z porządkiem (stronnicy junty), a nawet jako kolejne oblicze walki dobra ze złem (szczególnie na Zachodzie), jednak to wszystko tylko polityczne decorum. Istota konfliktu polegała na sporze w armijnej rodzinie o to kto ma rządzić spuścizną Aung Sana: córka czy następcy jego towarzyszy broni?

Było to starcie tragiczne, na którym najwięcej straciła Birma: zmarnowanych przez polityczny klincz ponad dwóch dekad nikt już krajowi ani społeczeństwu nie wróci. Elitom birmańskim, zarówno wojskowych jak i cywilnym zabrakło mądrości politycznej koniecznej do porozumienia. Niestety dla siebie i dla kraju, nie dogadali się. Wybrali walkę o całość.

Stracie to wygrali kumple, narzuciwszy swoją wizję państwa. Suu Kyi daremnie usiłowała ich pokonać grając dwoma dostępnymi jej kartami: poparciem społecznym i wsparciem zagranicznym. Gdy tego ostatnie zabrakło – Suu Kyi została opuszczona przez dealujących z generałami Amerykanów w 2010-2011 roku – Noblistka zmuszona została do zmiany taktyki. Przyjęła warunki gry generałów, a oni w zamian dokooptowali ją do establishmentu. Pomimo napięć i braku zaufania, wyrażających się chociażby utrzymaniem konstytucyjnego zakazu objęcia prezydentury przez Suu Kyi, układ ten przetrwał, bo pasował obu stronom. Armia zyskiwała legitymizację, a Suu Kyi władzę. Niepełną, ale w tych warunkach jedyną możliwą.

Uzyskawszy władzę Suu Kyi zrobiła najrozsądniejszą politycznie rzecz: nie próbowała rozliczać armii. Utrzymała wojskowe przywileje i nie wtrącała się do interesów generałów (zakonserwowała oligarchiczną dominację gospodarczą armii). Popiera ich represyjną politykę wewnętrzną oraz kontynuuje ich kurs gospodarczy. Jest za to niemiłosiernie krytykowana na Zachodzie: w tamtym infantylnym dyskursie medialnym Suu Kyi z legendy i heroiny walki dobra ze złem staje się zdrajczynią sprawy.

Tymczasem, patrząc z czysto politycznego punktu widzenia, to co robi Suu Kyi to najrozsądniejszy wybór. W najlepszym politycznym interesie Suu Kyi było dogadać się z armią – co zrobiła – a teraz jest realizować armijną wizję państwa – co robi. Ta skądinąd paradoksalna konstatacja bierze się z prostego powodu: Suu Kyi po prostu nie ma alternatywnej wizji państwa. Jeśli odejmie się jej ogólnikowe hasła o demokratyzacji i pokoju, to niewiele zostanie. Patrząc na to chłodnym okiem, generałowie od lat mają swoją konkretną wizję Birmy, a Suu Kyi nie.

Dlatego ułożenie się z wojskowymi było bardzo rozsądnym zagraniem, a prowadzenie ich polityki jest tego logicznym następstwem. Niesie to za sobą jednak dwa ryzyka: utratę wsparcia zagranicy oraz poparcia społecznego. Tym pierwszym Suu Kyi się słusznie nie przejmuje, gdyż dla istoty walki o władzę w Birmie zagranica się liczy w najlepszym wypadku w drugorzędnym stopniu. Bardziej ryzykowne jest zawiedzenie mas. Jednak Suu Kyi zdaje się wierzyć, że magia jej nazwiska i społecznym fatalizm dadzą jej jeszcze sporu czasu na rządzenie.

To powoduje, że obecnie działania Suu Kyi, dawnej dysydentki, światowej legendy walki o demokrację i Pokojowej Noblistki realizującej wizję państwa autorytarnej, represyjnej i okrutnej armii birmańskiej są – z politycznego punktu widzenia – logiczne i zrozumiałe. Jest to skądinąd ciekawy casus do rozważań teoretycznych nad tym, w jaki sposób sprawić, że przeciwniczka polityczna zgodnie ze swoimi najlepszymi interesami realizuje politykę jej dawnych oponentów. To, w zależności od punktu widzenia, prawdziwa maestria albo perfidia!

Ten harmonijny dla Suu Kyi i armii stan nie będzie jednak trwał wiecznie. Pogodzona armijna rodzina znów się pokłóci o sprawę fundamentalną: kto ma rządzić. Obecny układ „współwładzy” jest nienaturalny: rządzić może tylko jeden. Suu Kyi w końcu przestanie się podobać rola władczyni znacząco ograniczonej przez armię i zacznie się rozpychać. To w nieunikniony sposób spowoduje konflikt z uprzywilejowanym establishmentem.

Dlatego podstawowym pytaniem politycznym w Birmie nie jest czy konflikt Suu Kyi – wojsko odżyje, lecz kiedy. Może potrwać od kilku miesięcy (wariant pesymistyczny) do nawet dekady (wariant bardzo optymistyczny). Im później się zacznie to odnowione starcie, tym lepiej dla Birmy, bo kraj potrzebuje spokoju i stabilności by się rozwijać, a ostatniego czego mu trzeba w jego skomplikowanej sytuacji etniczno-, religijno-, społecznej to wznowionej „wojny na górze”

 

Z Rangunu,

Michał Lubina

PODZIEL SIĘ
mm
dr nauk społecznych UJ, adiunkt w IBiDW UJ, autor czterech książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych: "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" i "Pani Birmy.Biografia polityczna Aung San Suu Kyi".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here