„Lament” Na Hong-jina – nieustanna gra z widzem

138

Lament, reż: Na Hong-jin, produkcja: Korea Południowa, polska premiera: 2 grudnia 2016 r.

Mając w dorobku jedynie dwa filmy, Na Hong-jin zdążył wyrosnąć na jednego z najciekawszych reżyserów w Korei Południowej oraz zdobyć uznanie wśród krytyków z innych zakątków świata. W 2016 roku powrócił z Lamentem, swoim najnowszym filmem, którego przygotowanie zajęło mu sześć lat. Lament ugruntował sławę koreańskiego reżysera. Został nagrodzony m.in. nagrodą za najlepszą reżyserię na Asian Film Awards, a także aplauz widzów na Festiwalu w Cannes, mimo faktu, że nie wszedł do konkursu głównego.

Kręcąc swoje trzecie dzieło, Na Hong-jin postanowił odejść od znanego z jego poprzednich produkcji gatunku thrillera i skupić się na eksploracji nowych terenów. Padło tym razem na horror. Gdyby jednak wcisnąć na siłę Lament w ramy kina gatunowego, ujęłoby to fabule złożoności. Koreański film nie jest zwykłym horrorem. Na Hong-jin wybrał te elementy z gatunku, które najbardziej odpowiadały jego wizji i połączył ze slapstickowym poczuciem humoru, zagadką kryminalną oraz konfliktem między tym, co znane i tym, co obce. Powstała z tego niezwykła hybryda, która do ostatnich minut intryguje widza.

Fabuła owej hybrydy przedstawia się następująco: w sennej wiosce położonej na spokojnej koreańskiej prowincji dochodzi do brutalnych morderstw. Ich sprawcą o dziwo nie jest żaden seryjny morderca, lecz krewni i znajomi ofiar, którzy w furiackim szale przypominającym atak zombi, popełniają zbrodnicze czyny. Policja postanawia podejść do sprawy racjonalnie i uznać halucynogenne grzyby za przyczynę zbrodni. Równocześnie pojawiają się głosy, że za morderstwami stoi przybyły niedawno do wioski Japończyk. Dodatkowo według wezwanego szamana podejrzany mężczyzna jest martwy i prześladuje wiejską społeczność pod postacią ducha. Główny bohater, oficer policji Jong-goo, początkowo podchodzi do sprawy opieszale. Do momentu, aż jego córka pada ofiarą dziwnej choroby i sama zaczyna zachowywać się jak zombi. Wtedy postanawia działać.

Na Hong-jin przez całe dwie i pół godziny nieustannie wodzi widza za nos, zmieniając tropy, które w ostateczności miałyby prowadzić do mordercy. Czy tajemniczy Japończyk naprawdę jest sprawcą zbrodni? I do tego jeszcze demonem, który opętuje ludzi? Czy zdroworozsądkowe podejście policji jest właściwe i halucynogenne grzyby są przyczyną dziwnej epidemii? A może za morderstwami stoi osoba trzecia, która od początku sprawiała pozory niewinnej? Koreański reżyser nie stawia sobie za cel udzielenia dosłownych i rozstrzygających odpowiedzi na pytania, które rodzą się w trakcie seansu. Dla Na Hong-jina ważniejsze staje się wykorzystanie zagadki kryminalnej do zbudowania pesymistycznego obrazu ludzkiego życia, które samo w sobie jest wieloznaczne i często pozostawia pytania bez odpowiedzi.

Jednym z tych pytań jest również to, czym jest Lament? Koreańska produkcja zawiera zbyt wiele momentów slapstickowego humoru, żeby nazwać ją jedynie horrorem. Z drugiej strony momenty drastycznej przemocy czy okultystycznych rytuałów nie pozwalają zaklasyfikować jej wyłącznie jako czarnej komedii. Zacieranie granic między kinem gatunkowym i jego utartymi zasadami stało się cechą kina Na Hong-jina. Jest to zresztą manewr, do którego koreańscy twórcy przyzwyczaili swoich rodzimych odbiorców. Zmiana tonacji narracji od humoru przez groteskę po horror jest entuzjastycznie odbierana przez koreańskich widzów. Takie dzieło dla zagranicznego widza może być jednak momentami niezrozumiałe w odbiorze i prowadzić do sytuacji, w której reżyser, choć znany i doceniany, zostaje uznany za twórcę kina artystycznego. Jednocześnie w samej Korei Południowej Lament stał się jednym z najbardziej kasowych filmów sezonu. Obejrzało go prawie siedem milionów widzów.

Z ową eklektycznością wiąże się fakt, że najbardziej doskwierającym uczuciem, który towarzyszy widzowi podczas filmu nie jest strach, lecz niepokój. Jest nim również nasycony cały krajobraz, od zieleni lasów po czerwień wschodów słońca, a także sceny z codziennego życia mieszkańców wioski. Niepokój potęguje wrażenie, że za chwilę wydarzy się w filmie coś złego. Coś, co można jedynie zdefiniować jako czyste, archetypowe zło.

Wraz z rozwojem fabuły spirala zła rozkręca się na dobre. Jednym z jej ogniw staje się konfrontacja z obcym. Żyjący w lesie Japończyk Jun Kunimura, de facto duch, jest również duchem dawnego kolonializmu japońskiego. Rysujący się konflikt można również interpretować w innych kategoriach, niż tylko polityczno-historycznych. Antagonizm między tym co znane, oswojone, a tym co obce staje się tutaj uniwersalnym toposem, wykorzystywanym przez twórców od stuleci. Koreańska wieś jest w Lamencie uporządkowanym kosmosem, do którego intruz pod postacią Japończyka próbuje wprowadzić chaos. Dlatego społeczność wiejska reagują z brutalnością. Aby chronić to, co najbardziej cenne – dom i rodzinę.

Na koniec warto wspomnieć o nadnaturalnym elemencie, który u Na Hong-jina współistnieje wraz z symboliką religijną i okultystyczną. Nie bez przyczyny jednym z najważniejszych momentów w Lamencie – scenie wypędzenia demona przeprowadzanego przez szamana buddyjskiego, jak i równocześnie wykonywany przez japońskiego ducha kontraegzorcyzm – jest dialog z Egzorcystą. Reżyser przeciwstawia sobie również lokalne tradycje szamańskie, często wymieszane z buddyzmem, wciąż żywemu chrześcijaństwu. Goksung, wioska, która stała się planem zdjęciowym do filmu, jest miejscem męczeńskiej śmierci prześladowanych chrześcijan, którzy uciekali z Północy. W filmie staje się przestrzenią, w której bez problemu widz może wyczuć nadprzyrodzoną siłą. Zdjęcia kręcone w rzęsistym deszczu jeszcze bardziej to podkreślają.

Zwiastun:

Do napisania recenzji wykorzystano wywiad z Na Hong-jinem dla ScreenDaily oraz książkę Cicha eksplozja. Nowe kino Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej pod redakcją Jagody Murczyńskiej.

(ns)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here