Neta Elkayam: Jeśli masz mocne przekonania, nie boisz się innych

789

Izraelska piosenkarka Neta Elkayam, : „W Izraelu powinniśmy się nauczyć, jak być bardziej pewnymi siebie, pewni swoich korzeni, pewni swojego miejsca na Bliskim Wschodzie, ale także szanować innych”. W Krakowie zaśpiewała koncert-hołd dla marokańskiej piosenkarki Zohry Al-Fassiji w czasie Festiwalu Kultury Żydowskiej. Po Festiwalu porozmawiałyśmy nie tylko o Zohrze, ale też o korzeniach, Izraelu i Jerozolimie.

W kulturze polskiej mamy postać „jidisze mame”, w Izraelu jest także „Ima Polanija”. Czy w kulturze marokańskiej też jest taka postać silnej kobiety, silnej matki?
Oczywiście, jeden z najpopularniejszych arabskich muzyków śpiewał marokańską wersję „Jidisze Mame”, w jidysz i po arabsku. „Jidisze mame” jest czymś, co Marokańczycy bardzo dobrze rozumieją. Matka Marokanka jest taka sama jak „Ima Polanija”, Matka Polka, ciężko znaleźć różnice, są niemal takie same: wbijanie w poczucie winy, pytania czemu nie przyjeżdżasz. I oczywiście troszczą się o ciebie cały czas. Jest mnóstwo piosenek o matkach.

W Twojej rodzinie też była „Jidisze Mame” w wersji marokańskiej?
Oczywiście! Moja mama. Moja mama jest zdecydowanie taka. I myślę, że babcia też. Wiesz, ta idea bycia dla rodziny cały czas, myślenia o dzieciach. Kobiety z tego pokolenia są bardzo przywiązane do roli kobiety, wychowania dzieci. Dzisiaj mamy inne doświadczenia, chcemy robić karierę, a tamte kobiety były dla rodziny, dla dzieci. Nie mówię, że tego teraz nie ma. Ale kiedy śpiewasz o swojej „jidisze mame” płaczesz, bo wiesz jak wiele życia oddała tobie.

Jak dużo poświęciła
Też, jak dużo poświęciła dzieciom. I tak samo jest w marokańskim społeczeństwie, ponieważ kobiety poświęcają dużo dla wychowania dzieci. I oczywiście nie muszę Ci mówić, że jeśli emigrujesz z jednego miejsca do drugiego wiele rzeczy się zmienia i kobiety też cierpią z powodu tych przeprowadzek. Moja babcia, dla przykładu, nigdy nie opuściła domu. Cały czas żyła swoimi wspomnieniami, swoją ojczyzną.

Marokańska kultura była ważnym elementem w twoim domu rodzinnym, czy było to na zasadzie: mamy marokańskie korzenie, ale jesteśmy teraz w Izraelu?
Były oba przypadki. Myślę, że zawsze czułam, że żyję pomiędzy dwoma światami: światem mojej babci, domu mojej babci i światem moich rodziców. Moi rodzice byli bardzo związani ze swoimi korzeniami, ale mówili tylko po hebrajsku, wysłali mnie do izraelskiej szkoły i zaadoptowali całą narrację nowego kraju, kraju, do którego przybyli. I oni czują się bardziej izraelscy ode mnie, bo ja zawsze byłam bardziej związana z babcią.

I czy to właśnie w domu pierwszy raz usłyszałaś muzykę Zohry Al-Fasiji?
Właściwie ta muzyka zawsze była wokół mnie, ale nie znałam nazwiska piosenkarki. Znałam te piosenki, ale postrzegałam je jak muzykę rozrywkową, funkcjonalną, a nie prawdziwą muzykę o której usłyszysz w akademii. Odbierałam ją jako normalną część życia, wiesz, jedzenie obiadu i słuchanie muzyki. Nigdy nie myślałam, że to jest coś wymagającego umiejętności, otwartego umysłu, poznania tempa. Dopiero niedawno, kiedy zaczęłam odkrywać swoje muzyczne korzenie, to był moment kiedy uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy jest do nauki: maqamaty, skala, klasyczna muzyka andaluzyjska. Myślę, że ogólnie nauka w akademiach muzycznych w Izraelu jest bardziej europejska. Nie dostaniesz wiedzy o andaluzyjskiej muzyce, czy muzyce Afryki Północnej w szkole. Musiałam sama bardzo ciężko pracować żeby znaleźć nauczycieli, przychodzić do ich domów i nagrywać ich. Te spotkania były dziwne, czasem byli zaniedbani i trochę szaleni, czasem trzeba było wypić trochę alkoholu z nimi żeby cię czegoś nauczyli.

Wspominałaś o rozpamiętywaniu i tęsknocie. Uważam, że historia Zohry Al-Fasjii jest nie tylko świetnym przykładem kobiety, która złamała stereotypy dotyczące kobiet na Bliskim Wschodzie jej czasów, ale też jest to historia o tęsknocie za ojczyzną i życiu w Izraelu lat 50-tych i 60-tych. Mogłabyś opowiedzieć coś więcej o jej życiu?
Zacznę od smutnych rzeczy: Zohra została zmuszona do małżeństwa, jak większość dziewcząt w tamtym czasie, w bardzo młodym wieku, miała około 13 lat. Kiedy miała 18 lat miała już trójkę dzieci z mężczyzną, którego nawet nie lubiła, była rozwiedziona. 18-letnia rozwódka z trójką dzieci. Tak rozpoczyna się jej historia. Ja wyszłam za mąż, kiedy miałam 34 lata i myślę o tych wszystkich wcześniejszych latach, kiedy cieszyłam się życiem, a ona tego nie miała, bo była zmuszona do małżeństwa. Znalazłam wiele marokańskich piosenek śpiewanych przez kobiety o tej kwestii. W jednej z takich piosenek kobieta śpiewa, że „ojciec sprzedał mnie za pieniądze i teraz muszę wyjść za mąż, chociaż jestem taka młoda” i dodaje: „dajcie mi cokolwiek, tylko nie tego starego mężczyznę”.

Muzyka była swojego rodzaju głosem tych kobiet, ale nie mogły przecież śpiewać publicznie.
Dokładnie! Zohra była wyjątkiem. Po tych wszystkich traumach, przez które przeszła, w wieku 18 lat postanowiła, że zostanie artystką, jakakolwiek byłaby tego cena.

A nie był to dobry zawód dla kobiety.
Nie, zdecydowanie nie. Było zapotrzebowanie na jej sztukę, wszyscy chcieli jej obecności na przyjęciach, uroczystościach. Kiedy przychodziła – rozkręcała imprezę. Śpiewała, a przyjęcia w Maroku, na przykład wesela, potrafiły trwać i 8 dni! Także Bar Mitzwa potrafiła trwać wiele dni. Więc ona musiała przychodzić, śpiewać każdej nocy, sprawiać, że ludzie są szczęśliwi. I nie mogła powtórzyć ani jednej piosenki! Miała ogromny repertuar w głowie i śpiewała z pamięci. Ten styl muzyki w ogóle jest uczony przez powtarzanie, jak poezja. I tak te piosenki przechodziły przez pokolenia, aż ktoś przyszedł, spisał słowa i nuty. Ale artyści uczyli się tak, że słyszeli piosenkę i zapamiętywali. Co było bardzo zabawne dla mnie, to odkrywanie nagrań tej samej piosenki, ale z innymi słowami, bo każdy coś od siebie dodawał, zmieniał. Zohra dopasowywała wiele piosenek do kobiet, brała poezję i dopasowywała ją do głosu, sytuacji kobiet. Co jest niezwykłe, pomimo bycia w społeczeństwie, które nie wspierało artystek, ludzie słuchali jej piosenek w czasie hafli, przyjęć, ale później mówili, że nie jest dobrą matką, jak może zostawiać dzieci i wychodzić pracować nocą, że spotyka się z obcymi mężczyznami.

Neta Elkayam w czasie koncertu w Krakowie – źródło własne

Ale była niezwykle popularna, śpiewała zarówno dla Muhammada V, jak i dla Hasana II.
Śpiewała nie tylko dla samego króla, ale dla całego dworu. Słyszałam też, że śpiewała dla kobiet z pałacu, dla całej rodziny królewskiej. Wydaje mi się, że coś, co sprawiło, że Zohra Al-Fasija była niezwykle popularna, to fakt, że nagrywała swoje utwory. Była jedną z pierwszych znanych wokalistek z Afryki Północnej, które nagrywały swoje utwory. Kiedy wytwórnia Philips przyjechali do Afryki Północnej ona była już znaną artystką, więc nagrali z nią płytę. Dlatego wiele piosenek, które może zostałyby po prostu marokańskimi piosenkami, są kojarzone właśnie z nią, z jej głosem. Na przykład „Abiadi”, była popularną żydowską piosenką weselną, ale wszyscy kojarzą ją z Zohrą.

Ale nastały lata 60-te i Zohra wyjechała do Izraela
Tak, u szczytu swojej popularności.

Czemu nie została w Maroku? Miała tam status gwiazdy.
Tak, ale musimy pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, jej społeczność zaczęła opuszczać Maroko, a ona była najbardziej popularna wśród swoich. Oczywiście pracowała z muzułmanami, słuchali jej też muzułmanie, ale najwięcej szacunku i uznania dostawała właśnie od swoich, śpiewała na ich ceremoniach i haflach. I nagle ta społeczność wyjeżdżała. I oczywiście jest drugi powód: w tamtych czasach każdy chciał zacząć nową drogę w Izraelu, z nowymi możliwościami, pracą, domem. Nigdy nie jest łatwo być mniejszością. Ona chciała być między swoimi.
Znasz tę historię, byli umieszczani na peryferiach Izraela, bez przyzwoitych domów, bez wody, czasami bez elektryczności. Ludzie musieli pracować bardzo ciężko żeby dostać chociażby bony na jedzenie. Więc wszystko było zorganizowane, ale byli traktowani jak obywatele drugiej kategorii. I nie przyjechali tam z powodów narodowościowych, nacjonalistycznych. Myślę, że marzenie żeby przyjechać do Ziemi Świętej było oparte na religii, bardziej na religii niż na ideologii państwa narodowego.

Jak w pesachowych życzeniach: „W następnym roku w Jerozolimie”?
Tak, to było w życzeniach, w pieśniach, w modlitwach. Zohra nie była religijna. Oczywiście, jak wszyscy Marokańczycy, których znam, miała silną wiarę. Myślę, że większość Żydów marokańskich, ale nie tylko Żydów, marokańskich muzułmanów również, jest mniej religijna w sposób polegający na przestrzeganiu zasad, jak na przykład da się zobaczyć u Aszkenazyjczyków, czy w sztetlach, bardzo sztywnych i izolujących się. U Marokańczyków można zaobserwować ciągłe współistnienie, jak było pokazane na filmie Amita w czasie warsztatów, jego dziadek mieszkał koło meczetu, a przyjaciel dziadka niedaleko synagogi. Wszystko było wymieszane. Każdy żył w swojej religii, a było wiadomo, kto jest żydem, a kto muzułmaninem, ale to nie był problem. Myślę, że jeśli ludzie mają mocne przekonania, to nie boją się być z innymi. Mają mocne przekonanie „kim jestem”, „wiem, kim jestem”.

Ale rzeczywistość Izraela okazała się zupełnie inna od wizji, którą mieli w głowach.
Na samym początku, kiedy Żydzi opuścili Maroko było bardzo trudno powrócić, albo stworzyć jakiś kontakt. To był bilet w jedną stronę. Nawet teraz wspominają, że bali się mówić głośno o swoich rodzinach, dawnym życiu. Nie mieli żadnych wieści co dzieje się w Maroku. To było wielkie BUM, jednego dnia musisz powiedzieć żegnaj całej swojej przeszłości. Zohra nie była już Zohrą, była jedną z wielu imigrantek. Zajęło im wiele czasu ułożenie swojego życia i zauważenie „O! Ten rabin mieszka tutaj. O, to ta piosenkarka, ona tutaj mieszka”. Agencja Żydowska rozrzuciła ich po całym państwie, niektórych na północy, niektórych na południu. Nie było tak, że Żydów z Rabatu umieścili w mieście, ludzi z Casablanki też, ale ludzi ze wsi na wsi. Wszyscy byli wymieszani, ludzie z miasta z ludźmi ze wsi. Nie można było się nawet porozumieć, ludzie z miast mówili po francusku, a ludzie ze wsi w językach berberyjskich, jak moja babcia, która mówiła w berberyjskim, a arabski znała słabo. Zohra stała się nagle anonimową kobietą. Była też już starsza w porównaniu z innymi muzykami. Wiec kiedy przybyła do Izraela, nawet społeczeństwo marokańskie stwierdziło „ok, ona jest teraz już stara, biedna”. Mieli młodszych muzyków.

Co najbardziej zafascynowało cię w Zohrze i jej muzyce?
Muzyka marokańska ma głębokie zakorzenienie w Afryce. Tempo jest afrykańskie, sposób śpiewania jest szorstki, konkretny. Nie jest delikatny jak bliskowschodnia muzyka, nie jest jak egipska muzyka, bardzo dekoracyjna. Egipskie piosenkarki, które chcą być jak diwy. Zohra była bardzo konkretna, szorstka, bardzo nieuprzejma. Patrzyła prosto w oczy i mówiła prawdę: wiem kim jesteś, wiem jaki jesteś naprawdę. Cały styl, jak wybierała utwory i je przedstawiała, był całkowicie jej stylem. Nie udawała. Piosenkarki śpiewały jak kobiety, delikatnie, ona śpiewała jak mężczyzna. I to jest coś, co naprawdę w niej lubię. Coś w jej głosie. Uwielbiam jej głos w ostatnim etapie jej życia, w ostatnich latach, kiedy była starsza. Kocham w jej głosie te pęknięcia, zachrypnięcie, trzeszczenie w gardle. Była jak muzyk bluesowy, wiele przeżyła, wiele doświadczyła. I kiedy otwierała usta było to słychać, była pełna swoich doświadczeń życiowych.

Wasz projekt jest pierwszym projektem o Zohrze?
Wydaje mi się, że nasz projekt przywołał ją do życia. Ale przed nami był poeta Erez Bitton, jest bardzo znanym poetą w Izraelu. Napisał wiersz o niej, którą ministerstwo edukacji zaakceptował do programu nauczania. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o Zohrze, było to z jego poezji. I to był pierwszy czas, kiedy usłyszałam jej nazwisko. A później chciałam zrozumieć, jaka była jej muzyka. Wiedziałam, ze była bardzo popularna w Maroku i że wielu do tej pory jej słucha, ale chciałam poznać jej muzykę, zobaczyć co w niej jest. Teraz jej muzyka wydaje się klasyczna, ciężka, ale kiedy posłuchałam muzyki andaluzyjskiej zrozumiałam, jaką nowością były jej wykonania.

Na FKŻcie gościliśmy Dudu Tassę, który przypomniał muzykę Braci Al-Kuwaiti. Ty i Amit przypominacie muzykę Zohry Al-Fassiji. Czy jest to trend w muzyce izraelskiej, czy jednostkowa potrzeba powrotu do korzeni?
Dwie kwestie: myślę, że nasza historia, wschodnich Żydów, była bardzo zaniedbana i nieopisana. Nawet historia Aszkenazyjczyków to tygiel: ok, wszyscy jesteśmy Aszkenazyjczykami, ale niektórzy są z Europy Wschodniej, niektórzy są z Niemiec. I teraz wyobraź sobie, że te małe grupki, małe społeczności, małe narodowości Żydów z Iraku, Jemenu, Europy Wschodniej, Afryki Północnej, z całego świata, przyjeżdżają na Bliski Wschód i tworzą coś nowego. W tamtym czasie rząd aszkenazyjski tworzył obraz „Nowego Izraelczyka”. Nie można było mówić swoim językiem, jeśli się mówił po marokańsku, albo w jidysz dostawało się mandat. W latach 60-tych wypisywano ludziom mandaty za mówienie w swoim języku! Dlatego trzecie pokolenie wyciąga swoją historię z powrotem, chce ją poznać. Szczególnie ludzie ze wschodu, żydzi z Bliskiego Wschodu. Szczególnie, że jeśli weźmiesz podręcznik do historii zobaczysz, że historia bliskowschodnich Zydów jest marginalizowana. Ogromna część naszej kultury jest zagrożona zapomnieniem. Dlatego może trzecie pokolenie budzi się, widzi, że tracą pierwsze pokolenie i myśli, że coś traci na zawsze, że już nie będzie „jidisze mame”, już nie będzie marokańskiej „jidisze mame”. Dlatego chcę to przywrócić. Chcę żyć w bogatszym społeczeństwie, w bogatym w kulturę, historię. A my mamy taką. Pochodzimy z różnych miejsc.

Jak wygląda obecnie życie Mizrahim w Izraelu?
Nie ma już tego strachu. Nie ma już tej obawy i niepewności w kwestii sąsiadów. Można uczyć się arabskiego w szkole od najmłodszych lat. Nie widzę powodu żeby żyć w Izraelu i nie uczyć się arabskiego. Ale zdarza się, kiedy mówię o wyjazdach do Maroka i o życiu w Maroku, że Izraelczycy mówią: „czemu mówisz dobre rzeczy o życiu poza Izraelem?!”. Ale mówię wtedy, że mamy dwie narracje i czy wie o tym, że król Maroka ratował marokańskich Żydów. Kiedy kazali mu wydać Żydów stwierdził, że w jego kraju nie ma ich, są tylko Marokańczycy. Ale to nie są rzeczy, których uczymy się w izraelskiej szkole. To coś dziwnego, ale może to trzyma naród, mówienie o tym żeby się bać, nie masz miejsca do powrotu. Ja chcę zostać w Jerozolimie, kocham Jerozolimę i nie chcę żyć w żadnym innym miejscu, ale nie chcę nienawidzić swojej historii i nie chcę bać się moich sąsiadów, nie chcę bać się mojej przeszłości.

Może to jest to. Znając kulturę marokańskich Żydów, Żydów z krajów arabskich, Etiopii, Polski, Europy Wschodniej, nie boisz się obcych, innych.
Kiedy odkrywasz swoją historię, wiesz skąd pochodzisz nie czujesz strachu przed innymi. Tak jak mówiłam, Marokańczycy nie bali się być wymieszani z sąsiadami, bo byli pewni, kim są, „ok, jestem Marokańczykiem, jestem pewny siebie, swojego judaizmu, swojej marokańskości, więc nie mam problemu z muzułmańskimi sąsiadami”. Uważam, że w Izraelu powinniśmy się nauczyć, jak być bardziej pewnymi siebie, pewni swoich korzeni, pewni swojego miejsca na Bliskim Wschodzie, ale także szanować innych i respektować ich przestrzeń, której potrzebują. Nie bać się przemieszania, ale też przemieszania naszych tożsamości: być Żydami, śpiewać po arabsku, pisać po arabsku, tak jak było cały czas. Nie powinniśmy tego ucinać. Wszyscy powinni być trochę wschodni: nie bać się kultury sąsiada i cieszyć się, uczyć się arabskiego, także do komunikowania z sąsiadami.
(Na chwilę przerywamy wywiad. Do herbaciarni przychodzi Amit Hai Cohen, muzyk i mąż Nety. Wymieniają między sobą kilka zdań po hebrajsku)

Neta Elkayam z zespołem po koncercie „Abiadi” w synagodze Tempel / źródło własne

Neta, wspominałaś o Jerozolimie. Czym to miasto było dla waszych dziadków, rodziców, a czym jest dla was?
Amit: Jerozolima jest jak, dla Żydów w ogóle, coś więcej niż miejsce. Jest jak ideologia, coś o czym się marzy, jest jak sen, nadzieja, przyszłość. I myślę, że nawet osoby mieszkające w Jerozolimie marzą o niej, mieszkając tam, o nowej Jerozolimie, lepszej Jerozolimie. Ponieważ teraz świętość Jerozolimy właściwie nie istnieje. Dla moich dziadków, z Maroka i Tunezji, Jerozolima była marzeniem, snem. Dla mnie była pewnym pęknięciem, przełamaniem tego marzenia. To jest wielka różnica między mną, a moją babką – ona żyła tym snem, ja żyję w rzeczywistości.

Neta: Rzeczywistość jest skomplikowana. Oczywiście my wybraliśmy mieszkanie tam bo lubimy być w prawdziwym życiu, a nie w bańce. Miesza się tam dużo historii, wiele języków. Chcemy żeby nasze życie w Jerozolimie było jak najlepsze, chcemy być częścią społeczności. Mam nadzieję, że w przyszłości nasze życie będzie bardziej związane ze społecznością, ze wszystkimi częściami miasta, nie będziemy żyć każdy osobno.

Jak myślicie, istnieje zjednoczona Jerozolima, czy jest podzielona?
Amit: Czasami dobrze jest być rozdzielonym. Każde społeczeństwo potrzebuje trzymać się blisko i oczywiście są między społecznościami dobre i złe sytuacje. Jeśli popatrzysz na Jerozolimę przed państwem Izrael, to każda społeczność trzymała się bardzo mocno wewnątrz, mieli swoje miejsce, ale żyli na zewnątrz, żyli razem z innymi. Dzisiaj nie. Dzisiaj Jerozolima podzielona jest w nienaturalny sposób. Wszyscy żyją jak: Żydzi tutaj, Arabowie tam…
Neta: Chrześcijanie tam.
Amit: I jeśli Żyd przekroczy granicę, granicę, która fizycznie nie istnieje, nie ma granic między zachodnią, a wschodnią Jerozolimą, nie ma ich…
Neta: są, ale w głowie. Granice są w głowie.
Amit: Granice są w głowie, tak, to jest jak pranie mózgu. I jest oczywiście strach. Ludzie autentycznie obawiają się innych. Boją się, że Jerozolima może być podzielona, odseparowana. I oczywiście mamy coraz mniej granic, ale z drugiej strony to dobrze, jeśli społeczności są oddzielone od siebie i każda ma miejsce do spokojnego, pokojowego życia.

 

Neta Elkayam – izraelska piosenkarka i artystka, autorka wideoinstalacji. Dorastała w rodzinie przybyłej do Izraela z Maroka. W swoim koncercie „Abiadi” oddaje hołd i przybliża postać marokańskiej śpiewaczki Zohry Al-Fassiji.
Amit Hai Cohen – izraelski artysta, autor wideoinstalacji, muzyk i kompozytor. Syn Marokanki i Tunezyjczyka. Autor mini-dokumentu „Ya L’hmama„, który pokazuje społeczność marokańskich Żydów w Maroku i Izraelu przez pryzmat ich twórczości, folkloru i historii.

Neta i Amit dorastali razem w Natiwot, od ponad dwóch lat są małżeństwem. Wskrzeszają kulturę marokańskich Żydów, ucząc się muzyki Magrebu i Andaluzji od starszych muzyków. Swoimi projektami przywracają pamięć o marokańskich Żydach i ich kulturze. W swojej sztuce łączą „minioną tradycję Magrebu” z „izraelską teraźniejszością”. W czasie 27. Festiwalu Kultury Żydowskiej prowadzili dwudniowe warsztaty i wystąpili z koncertem „Abiadi”.

PODZIEL SIĘ
Studentka studiów bliskowschodnich z językiem arabskim i dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zainteresowana zmianami w społeczeństwie arabskim, kwestią ruchów społecznych i praw kobiet.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here