Mam okazję dotykać ludzkich serc – wywiad z Nino Hermanem

1033

Nino Herman w przeszłości pracował dla izraelskiej Rządowej Agencji Prasowej i był fotografem izraelskich premierów i prezydentów. Uwiecznił między innymi podpisanie traktatu pokojowego między Izraelem i Egiptem w 1979 roku. Obecnie zajmuje się fotografowaniem życia miasta i ulicy. W tym roku swoją twórczość zaprezentował w Krakowie podczas wystawy „Zapiski z Tel Awiwu”. Przy tej okazji opowiedział nam swoją historię. 

W jakim momencie swojego życia zdecydowałeś, że chcesz się zająć fotografią?

NINO: Myślę, że gdy nie mogłem pójśc do wojska z powodu polio, byłem zdenerwowany, że nie mogłem być z przyjaciółmi. Dlatego, że kocham być z ludźmi zrozumiałem, że fotografia może otworzyć mi drzwi do wielu miejsc. Pracowałem więc ciężko każdego dnia, sprzedawałem wiele zdjęć do prasy. Po roku usłyszałem: „dobrze, widzimy, że zarabiasz na życie, dostaniesz roczną przepustkę prasową i jeśli będziesz kontynuował to będziemy ją co roku odnawiać”. To był początek mojej fotografii. Miałem 18 lat, pracowałem już przez rok jako asystent fotografa, bradzo znanego w Tel Awiwie. Nazywał się Efraim Kidron. Nadal żyje, ale nie w Izraelu. Prowadził studio zajmujące się fotografią modową, co bardzo mi się podobało bo już wtedy było profesjonalne. Wieczorami natomiast pracowałem z dziennikarzami magazynu World of Cinema. Byłem młody więc nie do końca rozumiałem co wtedy robię. Robiłem zdjęcia aktorom i izraelskim celebrytom tamtego czasu. Dało mi to wiele doświadczenia.

Jak z fotografa modowego i filmowego stałeś się pracownikiem prasy codziennej?

NINO: Chciałem dołączyć do moich przyjaciół i zacząłem pracę w Maariv. Z moimi przyjaciółmi mogłem przedstawiać historię o spadochroniarzach czy kibucach. Dostałem pozwolenie, żeby wchodzić w wiele miejsc, do których zwykle nie wpuszcza się cywili. Oprócz tego tworzyłem wiele historii o sztuce, artystach czy rzeźbie w całym kraju.

fot. Nino Herman

W jaki sposób udało Ci się pomimo polio, pracować z tak ruchomymi obiektami jak spadochrony?

NINO: Przede wszystkim nie zdawałem sobie wówczas sprawy z powagi mojej choroby. Teraz, kiedy mam 65 lat czuję to bardziej, ale wtedy biegałem obwieszony aparatami i nie odbierałem tego jako niepełnosprawności.

TCHIYA: Nino zawsze znajduje sposób na dostanie się do dobrego zdjęcia. Kiedy inni fotografowie biegną do przodu, on zabiera swój samochód i jedzie do tyłu. Rozwinął swój własny sposób na zdjęcia. Chyba właśnie dlatego uzyskał tyle uznania w świecie dziennikarstwa, ze względu na wniesienie swojego własnego stylu.

fot. Nino Herman

NINO: To prawda, ale mam też w sobie coś takiego, że bardzo szybko oceniam i rozumiem sytuację kiedy się rozglądam, co pozwala mi wykalkulować, gdzie stanąć. Zwykle to działa. (śmiech).

Zauważyłem, że przez cały czas rozglądasz się dookoła.

NINO: Tak, przez cały czas. Muszę mówić o tym ludziom, bo wyglądam jak stary człowiek z aparatem, przez co oni się zastanawiają – „o co w tym chodzi?”. Ale ludzie mnie przyciągają – kocham ich i fascynuje mnie ich sposób życia. Widać to na moich zdjęciach tu na wystawie.

Jako fotograf pracowałeś z wieloma istotnymi wydarzeniami w historii świata. Wydarzeniami ważnymi nie tylko dla Izraela. Między innymi miałeś okazję fotografować podpisanie traktatu pokojowego między Izraelem a Egiptem. Izraelczycy są bardzo upolitycznionym narodem – czy to sprawiło, że zainteresowałeś się taką tematyką?

NINO: Wydaje mi się, że miałem swoją własną wizję i chciałem pokazać ludzką twarz każdej sytuacji. Gdy pracowałem z premierami, a zacząłem od Begina, którego wcześniej nie znałem – byłem bardzo otwarty na ideę, że obserwuję historyczne momenty i chciałem, żeby były one zapisane, pomimo, że Begin był po przeciwnej ode mnie stronie mapy politycznej. Później odkryłem, że mój ojciec (Hugo Herman) był syjonistycznym przywódcą i pisarzem i bardzo mnie zainspirowała jego pasja by do życia wprowadzać wpływ humanizmu. Gdy pracowałem z Beginem i Peresem chciałem pokazać ich ludzką twarz. Przywódcy, gdy są na scenie, pokazują ludziom tą twarz, którą oni chcą widzieć a chciałem pokazać coś innego. W pewnym sensie udało mi się to, na przykład pokazując relacje Begina i Peresa z ich żonami. Gdy byliśmy na pogrzebie Sadata, udało mi się zrobić słynne zdjęcie Begina rozmawiającego z Dżihan as-Sadat – wdową po prezydencie- dobę po zabójstwie.

fot. Nino Herman

Siedział obok niej na sofie, w ciemnym pomieszczeniu. Nie było wtedy fotografii cyfrowej i nie do końca wiedziałem co robić, zwłaszcza, że byłem tylko fotografem a jej smutek czynił tę sytuację bardzo intymną. Nie znałęm na tyle arabskiej kultury, więc skonsultowałem się z sekretarzem wojskowym Begina – powiedział mi, że też nie wie i decyzja należy do mnie. Zrobiłem jedno zdjęcie i to zadziałało, nikt nie kazał mi przestać. Udało mi się zrobić około dziesięciu zdjęć, które obiegły świat. Dżihan powiedziała wtedy Beginowi, że utrzymają pokój, co później potwierdził Mubarak. Dla mnie był to najważniejszy moment fotografii historycznej, bo było to dla nas nieznane terytorium. Gdziekolwiek się udawaliśmy, do Białego Domu, Paryża, były jasno określone zasady dotyczące zdjęć. Udawałeś się go Gabinetu Owalnego, było oświetlenie, robiłeś zdjęcie i już wcześniej miałeś wyobrażenie o tym co uzyskasz. Tutaj wszystko było nieznane. To było potężne, po traktacie pokojowym, po tym pięknym początku, baliśmy się, że wszystko upadnie.

Czy czułeś to samo po zabójstwie Rabina?

NINO: Gdy zginął Rabin byłem już redaktorem w biurze Maariv. Na początku nie rozumiałem, co to przyniesie. Byłem w szoku, jak większość Izraela. Zajęło nam to miesiące by przetrawić to co się stało. Przecież to Żyd zabił naszego premiera! Nigdy się to nie zdarzyło w historii Izraela.

TCHIYA: Nie wyobrażaliśmy sobie, że to zniszczy proces pokojowy. Nie rozumieliśmy jak ważne to jest. Dla mnie osobiście było to bardzo smutne, ze względu na osobowość Rabina i to co stało się z naszym krajem i narodem, ale nie widzieliśmy wtedy jaką to uczyni różnicę. Byliśmy w procesie pokojowym i byliśmy za pokojem – to zakończyło ten moment.

NINO: To zabójstwo wpłynęło na całą sytuację. Ale teraz przyglądając się jej rozumiemy, że w pewnym sensie zdarzenia zostały przyspieszone. Nie tylko zabójstwo czyniło różnicę. Widzieliśmy walkę na całym świecie – między ludźmi, którzy chcieli zmian, byli liberalni i między tymi, którzy chcieli byśmy wszyscy byli tacy sami. Teraz sam chcę wpływać na ludzi poprzez pokazywanie ludzkiej strony tych małych momentów dnia i szukanie równowagi między nimi a tym co widzimy w mediach. Wczoraj siedziały tu cztery Niemki. Po wizycie w Oświęcimiu zapytały mnie o Izrael i powiedziały, że to co widzą w mediach jest bardzo negatywne. Odparłem, że media przekazują bardzo wąski obraz sytuacji, ale ludzie odnoszą wrażenie, że takie jest życie. Dla mnie jako dziennikarza i dokumentalisty jest jasne, że to tylko interes polityków, co umieścić w mediach. Widzisz, Trump został wybrany, bo zapewniał rozrywkę w godzinach największej oglądalności, jak wariat, który chce, żeby cały świat go oglądał. Kiedy media zrozumiały swój błąd, było już za późno. A on odniósł sukces, bo oddano mu scenę. Ale czemu mu ją oddali? Z powodu pieniędzy, tylko pieniędzy. To strasznie cyniczne. Wierzę, że mamy misję, my ludzie o otwartych sercach. Podczas naszego pobytu w Polsce jesteśmy pod wrażeniem wszystkich wolontariuszy, którzy tu pracują. To jest właśnie szansa ludzkości – nie jest to łatwe, wymaga odwagi. Mam wiele szczęścia, że jako artysta mam okazję dotykać ludzkich serc i powodować mały ruch, jak krople oceanu, które dokonują wielkich zmian. Myślę, że jest więcej ludzi, którzy się boją, niż tych, którzy mają otwarte serca. Ale wierzę, że te liczby nie muszą być równe, jeśli zjednoczymy tych otwartych. To będzie jednak proces, bo musi się zmienić świadomość ludzi.

Czy jako fotograf wierzysz, że Twoją myślą jest pokazywanie wydarzeń, czy wierzysz, że możesz wpływać na myśli i opinie ludzi?

NINO: Wierzę, że zmieniam opinię. Każdy ma w głowie pewien film. Ja pokazuję swój, wiele osób go ogląda i mówią sobie „może my też możemy coś takiego zrobić?” Kiedy robię zdjęcie wkładam w nie mnóstwo inspiracji. Na przykład moją matkę, malarkę ocalałą z Holocaustu, której brat bliźniak zginął. Po wojnie przyjechała do Izraela i zaczęła malować prace pełne koloru i radości życia. A wychowywany byłem przez oboje rodziców. Mój ojcec również malował i tłumaczył. Kiedyś zapytano mnie, bym podsumował rodziców jednym słowem i odpowiedziałem „miłość” bez cienia wątpliwości. Kiedy wychodzę na ulicę i widzę smutne rzeczy, jak bezdomnych, nie fotografuję ich, bo chcę pokazać życie w formie filmu. Mogę zabrać drugiego fotografa na demonstrację i wyniosę z nich zdjęcia światła i piękna, podczas gdy on pokaże dramat smutnych ludzi. Może jego życie jest w pewnym sensie smutne? Ale ja staram się nie dawać smutkowi siły bo naprawdę wierzę, że ta emocja nie jest mną. Jestem mocno związany z moją duszą, sercem i wolą. Dla przykładu, kiedy zazdroszczę innemu fotografowi zadaję sobie pytanie: „Nino, czego ty chcesz?” i wiem, że chcę inspiracji. I to naprawdę działa. W 2000 roku straciliśmy naszego syna (Yaira) w wypadku samochodowym i postawiło nast to w przykrej, dramatycznej sytuacji. Po miesiącach jednak oboje wyszliśmy z niej z głęboką miłością i otwartymi sercami.

Myślę, że ta trauma wpłynęła w pewien sposób na Twoją pracę. Przestałeś w końcu fotografować i wróciłeś do tego w innym obszarze. Jak bardzo się różni Twoja fotografia?

NINO: Zmieniłem sposób patrzenia na życie. Pytam teraz częściej o pozwolenie. Oczywiście, kiedy jestem w Polsce nie znam języka i pytań nie zadaję, ale przyglądam się uważnie reakcji ludzi. Wiesz, kiedy robisz zdjęcie wdajesz się w dialog z ludźmi, dialog bez słów. Poza tym mam teraz dla ludzi większy szacunek. Jako dziennikarz miałem licencję na to i przez to dziennikarze zapominają o ludziach. Teraz mam w moim sercu więcej miejsc, o których nie miałem wcześniej pojęcia. Yair pochnął nas głębiej w nasze serca. Kiedy wróciłem do fotografii ulicznej zauważyłem w młodych ludziach Tel Awiwu wiele szczęścia, miłości, otwartości i zaufania co jest niespotykane w naszym świecie. To zaufanie i otwartość pomogły mi wyleczyć się z mojego smutku.

fot. Nino Herman

Czemu wybrałeś Tel Awiw jako temat tej wystawy? W końcu tematem tegorocznego Festiwalu Kultury Żydowskiej jest Jerozolima.

NINO: Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że bardzo kocham Jerozolimę. Jako dziecko, przed wojną sześciodniową, co roku spędzałem tam miesiąc. Poza tym dwóch moich synów uczyło się w Jerozolimie i stamtąd jest też moja żona. Ale w Izraelu obecnie mamy dwa „państwa”. Wierzę, że Tel Awiw jest czymś z czego Jerozolima powinna przyjąć esencję. Jeśli weźmiesz ten liberalozm, otwarty sposób patrzenia, sztuki i akceptacji dla ludzi – to jest w głębokim rozumieniu syjonizm. I kiedy chcę pokazać głęboki Izrael, nie jako konflikt, to cieszę się, że mogę to przynieść do Jerozolimy.

TCHIYA: Wiele restauracji i pubów w Tel Awiwie jest prowadzonych przez młodych ludzi z Jerozolimy, którzy się przeprowadzili. To młode miasto a Jerozolima jest dla nich zbyt ciężka. Na kilka lat przyjeżdżają więc do Tel Awiwu i później wracają.

NINO: Oprócz tego o Jerozolimie mówi się jako o świętym mieście. Ja z tego rozumiem, że przez to, że ludzie świętą czynią flagę, kraj albo biblię, wielu ludzi ginie. Jest tyle wojen i konfliktów, ale oni zapominają, że życie jest święte. I w Tel Awiwie w pewnym sensie życie jest świętsze niż cokolwiek innego. Możesz powiedzieć, że żyją tam jakby nie było jutra, ale to głębsze. Ci ludzie rozumieją sytuację i są zmęczeni świętymi historiami, które im wpajają. Chcą to zmienić i wprowadzić w nie świętość życia i miłości. Cieszę się, że mogę z tym przyjść na festiwal o Jerozolimie, bo tak naprawdę jest to połączone.

Z mojego doświadczenia z trzema największymi miastami Izraela mam wrażenie, że Jerozolima, w przeciwieństwie do Tel Awiwu czy Hajfy, jest miastem niewidzialnych barier między Żydami i Arabami. Czy się z tym zgadzasz?

TCHIYA: Dla mnie Jerozolima ma pewną ukrytą opowieść. Jeśli spojrzysz na to z zewnątrz to zobaczysz bariery między chasydami, Arabami, mizrachijczykami, sefardyjczykami i aszkenazyjczykami. Ale jeśli znasz Jerozolimę z wewnątrz to zauważysz, że wiele się dzieje podskórnie. To bardzo zamknięte miasto, nie takie jak Tel Awiw. Zgadza się, że czujesz bariery między ludźmi, ale jest to bardziej złożone.

NINO: Zgadzam się, ale to nie jest czarno-białe. Z definicji wszystko ma swoje warstwy. To jest powód dla którego fotografuję własnie w taki sposób, z użyciem warstw bez wykorzystania photoshopu – bo zawsze patrzymy przez coś, nigdy bez przeszkód.

Czy wydaje Ci się, że po tylu latach Izrael jako kraj poszedł w dobrym kierunku?

NINO: Mogę powiedzieć, że nie jest to kierunek, o którym marzyliśmy. Ujmę to tak: ludzie nie widzą ludzi. To nie jest wizja Izraela z jego początków i nie jest to wizja judaizmu. Ale jestem optymistą i nie porzucam nadziei. Robię co mogę, by wpłynąć na ludzi staram się być małą stacją radiową. Wierzę, że dzisiejsza technologia umożliwia to każdemu. I to właśnie nasza szansa na zmiany. Nie poddajemy się jeszcze, ale atmosfera nie jest łatwa. Ludzie zapominają o nadziei, marzeniach i swoich możliwościach. Ale jesteśmy „am sgula” i jest w nas potencjał. No i to co widzimy w wiadomościach to nie jest życie a zawsze jestem pod wrażeniem tego co widzę poza mediami.

Jakie jest twoje zdanie o instytucjach czy fotografach, które chcą pokazywać własne wizje polityczne – jak Szowrim Sztika (Breaking The silence). Czy to dobry sposób na wyrażanie swoich opinii?

NINO: Jest mi blisko do ludzi, którzy walczą o wolność, z każdej strony – do Arabów, Żydów, chrześcijan, nieważne. Wolność jest dla mnie święta i wierzę, że Szowrim Sztika (ich rzecznik prasowy mieszka w naszej wiosce, bardzo młody chłopak, pełen odwagi) wykonuje wielką misję dla Izraela ale wielu ludzi tego nie rozumie, bo nie patrzy wystarczająco głęboko. Większość z nich naprawdę walczy o prawa człowieka i wolność. Zrobiłem kiedyś z nimi sesję zdjęciową i często udostępniam ich prace. Nie jestem tak naprawdę aktywistą, bo przez polio nie chodzę na marsze i demonstracje. Ale w mediach społecznościowych zawsze staram się opatrzyć ich marsze własnymi słowami i przekazać dalej.

TCHIYA: Mają jedną twarz w Izraelu i drugą poza nim. Dla mnie to wielka różnica. W kraju jest to ważne, by ludzie wiedzieli co się dzieje. Poza Izraelem nikt nie rozumie sytuacji i mogą źle to odebrać.

NINO: Pytanie tylko, czy możemy pozwolić im na pracę przy wszystkich minusach, czy nie pozwolimy im na to wcale. Poza tym, ludzie nie rozumieją, że z dzisiejszą technologią tak naprawdę nie ma granic dla komunikacji. Nie wiem, czy oni wykonują dobrą pracę zastanawiając się, co będą myśleć ludzie, którzy nie znają naszej sytuacji. Ważniejsze, by pokazać ten głos z Izraela, który niebezpiecznie kłóci się z prawami człowieka, niż zatrzymanie ich prac przez czyjąś błędną interpretację. Jeśli ktoś na świecie chce znaleźć złe czy smutne tematy w Izraelu zrobi to też bez Szowrim Sztika. Ale jeśli Szowrim Sztika nie będzie istnieć ludzie nie będą wiedzieć jak niebezpieczna jest sytuacja i to się nigdy nie skończy.

TCHIYA: Wydaje mi się, że ich działalność musi mieścić się w Izraelu, a nie poza nim i przeciwko Izraelowi. W kraju natomiast jest to bardzo ważne, bo ludzie nie widzą naprawdę co się dzieje na Zachodnim Brzegu. A jeśli tego nie widzą to nie mogą nic o tym wiedzieć.

A jakie było wasze wyobrażenie o Polsce przed wizytą? Czy coś się zmieniło?

NINO: To nie moja pierwsza wizyta. Kiedyś przyjechałem tu z liceum, na podróż po miejscach pamięci, ale miałem wtedy inną świadomość. Teraz przybyliśmy świeżsi. Bardzo lubię Kraków, jest inspirujący w łączeniu nowego ze starym. Ta okolica, Kazimierz, przypomina mi trochę Florentin w Tel Awiwie. Chciałbym tu trochę popracować. Zauważyłem, że ludze są trochę bardziej podejrzliwi i więcej czasu zajmie mi nauczenie się ulic. Ale czuję, że muszę tu wrócić na dłużej. Ludzie w Izraelu pytają mnie jak mogę oddzielić Polskę od Holocaustu i cieszyć się festiwalem tutaj. A ja wierzę, że dzieje się tu coś wielkiego w temacie odrodzenia życia żydowskiego i tego jak głęboka jest ta stara mądrość w tym kraju. To trochę jak ziarno na pustyni – może przetrwać 40 lat w piasku i nagle niespodziewanie rozwinąć kwiaty.

Wywiad przeprowadził Jakub Katulski z Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie (Jewish Community Centre Krakow)

Wystawę można obejrzeć w JCC Krakow przy ulicy Miodowej 24. Będzie czynna do 29 września. Kurator: Tamar Eisen Goldstein.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here