Zrozumiałe milczenie. Aung San Suu Kyi a kwestia Rohingya

446

Od końca sierpnia na birmańską przywódczynię Aung San Suu Kyi spada lawina krytyki na arenie międzynarodowej. Przyczyną jest milczenie w sprawie masowych czystek etnicznych w Birmie. Postawa Suu Kyi jest wszakże logiczna i zrozumiała. W przeciwieństwie do stawianych jej zarzutów.

 

Czystki etniczne armii i będący ich konsekwencją exodus pół miliona ludzi z oczywistych względów wzbudziły reakcję świata. Jednak była (i pozostaje) ona nieproporcjonalnie skupiona na jednej osobie: Aung San Suu Kyi.

Birmańska przywódczyni, po latach dramatycznej walki o rządzenie krajem, doszła do (współ)władzy w Birmie wygrawszy wybory powszechne w listopadzie 2015 r. Po drodze straciła rodzinę, przyjaciół, piętnaście lat życia w areszcie domowym i stała się symbolem niezłomności. Od początku swej kariery Suu Kyi posiadała dwie karty przetargowe: ogromne poparcie społeczne oraz wsparcie zagranicy. Dało jej to wreszcie zwycięstwo jesienią 2015 roku.

Jednakże jej władza pozostaje od początku mocno ograniczona przez konstytucję z 2008 r. ta gwarantuje armii niezależność od każdego rządu cywilnego. Samodzielność decyzyjna armii jest zagwarantowana także posiadaniem swoich trzech ministrów: obrony narodowej, pogranicza oraz spraw wewnętrznych. A przede wszystkim prawną możliwością przeprowadzenia zamachu stanu, gdyby rząd postanowił spróbować zmienić korzystny dla wojska status quo. To strukturalnie powoduje, iż każdy cywilny polityk rządzący Birmą jest zmuszony nie tylko do kohabitacji z armią. Lecz do facto do współrządzenia krajem wraz z nią. Aung San Suu Kyi nie jest tu wyjątkiem. Jej prywatne zdanie nie ma w tej sytuacji znaczenia. Struktura władzy w Birmie zmusza ją do tego by „żyć dobrze” z armią. Inaczej zostanie obalona.

Ma to konsekwencje w sytuacjach kryzysowych jak ta z Rohingya. Armia birmańska przeprowadziła akcję odwetową, stosując odpowiedzialność zbiorową i nie pytając się nikogo o zdanie. Po prostu armia robi swoje. Jeśli w ogóle poinformowała Suu Kyi o swoich planach/działaniach, to było to dużo. Wojsko przeprowadziło czystki, co ważne, przy pełnym poparciu społecznym. Birmańczycy do tego stopnia nienawidzą Rohingya, że poprą każdego, kto może się ich pozbyć. Nawet jeśli jest to znienawidzona do tej pory armia.

To tworzy bardzo istotną logikę polityczną dla Suu Kyi. Znając nastroje społeczne Suu Kyi od kilku lat nie chciała wypowiadać się na temat Rohingya. A gdy omijanie tematu stało się niemożliwe, starała się nie mówić nic, bądź przedstawiać sprawę w maksymalnie ogólny i mętny sposób, tak by nikt nie mógł jej nic zarzucić. Zaczęła więc uciekać od tematu, nadmiernie go uogólniając. „Potępiam przemoc”, „wszystkiemu winny jest brak praworządności”, „nalegam na tolerancję”, „nie należy patrzeć na określoną kwestię bez spojrzenia na źródło wszystkich problemów”. Lub użalać się nad sobą: „ludzie nie słuchają tego, co mówię, bo oczekują wypowiedzi skrajnych, a ja trzymam się twardo ziemi”. Mając świadomość społecznych konsekwencji niechęci do Rohingya, nigdy nie użyła tej nazwy. Podkreślała i podkreśla odpowiedzialność obu stron – muzułmanów i buddystów – za zaistniały konflikt.

Była to ze strony Suu Kyi bardzo rozsądna decyzja pod względem politycznym. W tych okolicznościach społeczno-politycznych właściwie jedyna słuszna. Cokolwiek by nie powiedziała, byłoby źle. W sprawie Rohingya Suu Kyi zdaje więc egzamin z rozsądku politycznego. Gdyby wstawiła się za Rohingya, straciłaby poparcie społeczne. A więc swój jedyny atut jaki jej pozostał. Przecież generałowie najchętniej pozbyliby się politycznie Suu Kyi i rządzili sami. Nie mogą tego jednak tak prosto zrobić (politycznie kosztowałoby ich to zbyt wiele) dopóki Suu Kyi wciąż posiada ogromne poparcie społeczne. Gdy je straci, utraci władzę, bo przegra kolejne wybory. Wtedy armia nie musiałaby nawet dokonywać zamachu stanu. Po prostu kulturalnie wygrałaby w wyborach.

Jednym słowem: polityczne uwarunkowania w Birmie sprawiają, że nawoływanie Suu Kyi do poparcia Rohingya jest wzywaniem jej do popełnienia politycznego samobójstwa.

Tymczasem tego właśnie domagają się od niej środowiska prawno-człowiecze na Zachodzie. Zachodni aktywiści i prawnoczłowieczy działacze pokładali w Suu Kyi nadzieję i srodze się zawiedli. Suu Kyi – całkowicie niesłusznie traktowana przez dekady na Zachodzie jako bojowniczka na rzecz praw człowieka i ikona demokracji – była tak naprawdę zawsze politykiem. I jak na polityka przystało się w kwestii Rohingya zachowuje.

To powoduje wściekłość aktywistów oraz dziennikarzy prawnoczłowieczych. Odpowiadają tak idiotycznymi inicjatywami jak hasło o odebraniu Suu Kyi Pokojowego Nobla (głupota tego pomysłu polega na tym, że Pokojowego Nobla nie można odebrać). Reakcja wielu dawnych zwolenników Suu Kyi na Zachodzie nosi znamiona „zawiedzionej miłości”. Są działacze, którzy zachowują się wobec Suu Kyi jak odtrąceni kochankowie. Zaś dominująca narracja medialna o Suu Kyi na Zachodzie jest infantylna intelektualnie. Od trzech dekad opisuje Suu Kyi za pomocą logiki celebryckiej, niczym gwiazdę filmową (od uwielbienia do potępienia i z powrotem), a nie jak polityka.

Politycznie powoduje to, iż Suu Kyi utraciła jedną z dwóch swoich kart przetargowych: wsparcie zagranicy. A to z kolei oznacza, iż tym bardziej musi dbać o to, by utracić też drugiej, ważniejszej: poparcia społecznego. Nie popełni więc politycznego samobójstwa wstawiając się za prześladowanymi Rohingya. Nic na tym nie zyska, a wszystko straci.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here