Czy USA i Chiny znalazły się w Pułapce Tukidydesa?

Nieprzerwany wzrost gospodarczy Chin w oczach wielu obserwatorów i analityków może prowadzić do zaburzenia obecnego ładu światowego i do odwrócenia dzisiejszego układu sił między mocarstwami. Naukowcy na całym świecie starają się przewidzieć skale zmian i konsekwencji szybko zmieniających się relacji. Rozpatrują oni różne scenariusze. Czasami przybierają one formy pułapek, takich jak pułapka Tukidydesa, w których nie można powstrzymać biegu wydarzeń.

Czym jest pułapka Tukidydesa?

Pułapka Tukidydesa nazywana dzisiaj dylematem bezpieczeństwa to pojęcie, którego nazwa wywodzi się z analizy dzieła „Wojna peloponeska”, napisanego przez greckiego historyka Tukidydesa. Odnosi się ono do sytuacji w starożytnej Grecji kiedy to wzrastająca siła Aten i dotychczasowa dominacja Sparty stały się czynnikami czyniącymi oba mocarstwa zakładnikami nieuniknionego konfliktu. W książce „Demokratyczne ideały a rzeczywistość” ojciec geopolityki John Mackinder określił tę sytuację mianem „rosnącego niepokoju”.

Tak obecne wydarzenia widzi czołowy polski geopolityk Jacek Bartosiak. Swój punkt widzenia opisał w książce „Pacyfik i Eurazja. O wojnie”. Otwarcie nowych szlaków handlowych przez Chiny, wzrost znaczenia Państwa Środka w handlu na kluczowym zachodnim Pacyfiku oraz wypychanie obecności USA z Eurazji prowadzić mogą w ocenie naukowca do napięć i przesileń. Okres chaosu łatwo zapoczątkowany może być również poprzez czysty przypadek taki jak incydent podczas ćwiczeń wojskowych lub manewrów morskich. Sytuacja, w której amerykanie tracą możliwość swobodnej projekcji sił „nie napawa optymizmem” w oczach tego geopolityka. Jedyną alternatywą według Bartosiaka jest osłabnięcie wzrostu gospodarczego Państwa Środka. Pułapka Tukidydesa nie zaistnieje jeśli dojdzie do zmiany ścieżki obranej przez Xi Jinpinga.

Pułapek może być więcej

Inne stanowisko w obliczu zachodzących zmian zajmuje Leszek Sykulski. Według Sykulskiego bardziej prawdopodobna jest sytuacja „pułapki Kindlebergera”. Scenariusz nazwany na cześć jednego z ojców intelektualnych Planu Marshalla, zakłada wycofanie się hegemona w obliczu wzrastającej potęgi drugiego mocarstwa. Przykładem takiej sytuacji jest postawa USA po upadku dominacji imperium brytyjskiego co doprowadziło według tej koncepcji do turbulencji w amerykańskim oraz światowym systemie finansowym. Skutkiem tego miały być konsekwencje polityczne oraz wybuch drugiej wojny światowej. Sykulski przytacza na poparcie swojej tezy politykę Trumpa pod hasłem „America first” skupiającą się na wewnętrznych problemach USA. Geopolityk uzasadnia również swoje stanowisko faktem, iż Stany Zjednoczone oczekują obecnie od Chin większej partycypacji w stabilizowaniu ładu światowego. Do takiego wniosku można dojść w mojej ocenie obserwując dzisiejszą sytuację stwarzaną przez Koreę Północną, w wyniku której Trump apeluje o zaangażowanie się Chin.

Podzielone stanowisko Amerykanów

Badacze nie są zgodni co do oceny obecnej sytuacji. Profesor Arthur Waldron recenzując książkę Grahama Allisona – „Destined for war. America, China and Thucydides trap” stwierdza, że Pułapka Tukidydesa nie zaistniała nawet w starożytności. Powołując się na naukowców Ernsta Badiana z Harvardu i Donalda Kagana z Yale obalą tę koncepcję wskazując na bardziej skomplikowaną sytuacją polityczną ówczesnych czasów. Zarzuca on Allisonowi brak dostatecznej wiedzy na temat współczesnych Chin. Zaślepiony cyframi wzrostu populacji oraz armii chińskiej autor książki miał nie dostrzec faktu, iż decydując się na konflikt zbrojny Chińczycy zniszczyliby cały dotychczasowy sukces gospodarczy powstały od śmierci Mao Zedonga w 1976. Waldron wierzy w inteligencję chińczyków. Stwierdza, że światu nie pisana jest pułapka Tukidydesa ale polityczna synergia dwóch mocarstw.

Łatwo zauważyć można jak biorąc pod uwagę różne czynniki naukowcy dochodzą do odmiennych wniosków. Ja w swojej ocenie dzisiejszej sytuacji amerykańsko-chińskiej powstrzymuję się, podobnie jak Waldron, od przepowiadania światu wojny. W dzisiejszym świecie naczyń połączonych na tak wielu zależnych od siebie poziomach wojna na tak ogromną skalę, nie przyniosłaby stroną korzyści a jedynie bezproduktywny chaos. Wierzę w stabilność filozofii chińskich pięciu tradycyjnych zasad pokojowego współistnienia. Oby koncepcja polityki zagranicznej Państwa Środka opowiadająca się za przestrzeganiem reguł suwerenności, integralności terytorialnej państw, ich samostanowienia oraz wzajemnego poszanowania okazała się wystarczająco silna.

PODZIEL SIĘ
mm
Student studiów azjatyckich na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, obecnie na stypendium językowym Uniwersytetu Donghua w Szanghaju. Publikuje na tematy związane z Azją w szczególności z rosnącą rolą Chin. Inspiruje go praca i życie i praca Ryszarda Kapuścińskiego Jest autorem wystawy fotograficznej zdjęć z podróży do Kirgistanu "Światy Wschodu". Planuje kolejny wernisaż, tym razem fotografii z Państwa Środka.

3 KOMENTARZE

  1. LOL, przecież wcale nie chodzi o Chiny. Wiadomo że Chińczycy nie chcą żadnej wojny, a na pewno nie już teraz otwartej, wielkiej wojny – będąc słabszym pretendentem na dorobku. Są wciąż słabsi ekonomicznie, technologicznie i przede wszystkim militarnie. Nawet jeśli za parę lat formalnie zrównają PKB, Ameryka jeszcze długo będzie zbyt groźnym przeciwnikiem. Plus chińska tradycja i filozofia: głęboka recepcja Sun Tzu, planowanie na pokolenia, a nie do kolejnych wyborów, itd. itp.
    To Judeoamerykanie najprawdopodobniej chcą wojny. Zarówno patrząc na czystą, realna geopolitykę (słabnący ekonomicznie i cywilizacyjnie hegemon, tracący kontrolę szlaków handlowych i zagłębi surowcowych, mogący także utracić walutę światową, za to wciąż silniejszy militarnie i oplatający większość świata swoimi mackami),
    jak też na „spiskowe” teorie budowy NWO przez elity finansowe USA i polityczne UE (już mniejsza z tym kim są one naprawdę).

    Albo wg teorii Mackindera i Spykmana: Słabnące mocarstwo morskie „z wysp” (peryferiów świata) wobec wzrastającej siły jednej wielkiej i 2-3 mniejszych potęg lądowych „kontynentu” (osi świata, czyli Eurazji). Na dodatek potęgi te, inaczej niż dawniej w dzikich czasach, dzisiaj bardziej skłonne są współpracować i stworzyć Wielką Oś: Chiny – Rosja – Niemcy (UE).

    Tylko jak walczy mocarstwo morskie? Historia kilkuset lat działań Wlk. Brytanii i USA wskazuje, że najpierw pieniądzem i wpływami (mówiąc wprost: agenturą), że owszem chce wszcząć w takiej sytuacji wielką wojnę / serię wojen , ale samo chce do niej przystąpić jak najpóźniej.
    Tak wygląda Gra.

  2. Chiny i Rosja sa skazane na „wspołpracę” (cudzysłów nieprzypadkowy, nie ma znaczenia, czy to będzie podbój ekonomiczny np. przez wykupienie kluczowych aktywów czy też zalew migracyjno-osiedleńczy). Wtedy polączone zasoby naturalne, ziemia dla produkcji rolnej, technologie i masa ludności pozwolą na stworzenie wspólnego państwa – najpotężniejszego na świecie. Potrzeba na to 10-15 lat.
    W tym czasie – Rosja wprowadziła chaos do USA dzięki wyborowi Trumpa na prezydenta. To miało wystarczyć, żeby skierować działania USA na kwestie wewnętrzne zamiast na arenę międzynarodową. Ale nie wszystko można zaplanować a Trump jest nieprzewidywalny i niesterowalny.
    W perspektywie 10-20 lat – wszystkie państwa wprowadzą (dzięki nowoczesnym technologiom i sztucznej inteligencji) zaawansowaną kontrolę obywateli. Oczywiście dla ich dobra. W takiej sytuacji – wojny nie będą już potrzebne – liczyć sie będzie siła ekonomiczna i przewagi technologiczne. Wojna przeniesie się w całości do świata wirtualnego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here