Powiernik królowej: tęsknota za starym, dobrym Imperium?

Reżyser Stephen Frears musiał mieć nietęgą minę, gdy już w trzeciej, a może i czwartej z rzędu recenzji czytał, iż tylko 82-letnia Judi Dench ratowała swoją grą aktorską jego najnowszy film. Nie sposób nie zauważyć,, że „Victoria and Abdul” – produkcja znana w Polsce jako „Powiernik królowej”, opowiadająca o przyjaźni pomiędzy władczynią Imperium Brytyjskiego a jej indyjskim służącym – tchnie sentymentalizmem spod znaku „Rule, Britannia!”. Najwyraźniej, sentymentalizm ten doprowadził wielu krytyków do białej gorączki.  

Xan Brooks napisał na łamach „The Guardian”, że film sprawia wrażenie, jak gdyby wyprodukowano go w epoce kolonialnej; z kolei Kennith Rosario piszący dla „The Hindu” zauważył, że produkcja ta jest zbiorem „kolonialnych fantazji”. Ich komentarze wydają się jednak niczym w porównaniu z zajadłym atakiem, przypuszczonym przez Rohana Naahara na łamach „Hindustan Times” – Naahar stwierdził, że film próbuje „znormalizować zło”, ignorując prawdę o horrorze brytyjskiego panowania w Indiach, z Karima zaś – wiernopoddańczo całującego stopy królowej w czasie, gdy jego rodacy umierali z głodu – czyniąc zdrajcę na miarę Stephena z „Django” Quentina Tarantino (dla przypomnienia: czarnoskórego kamerdynera, bezlitośnie terroryzującego pozostałych czarnoskórych służących dla utrzymania uprzywilejowanej pozycji).

Choć wydaje się, że Naahar mocno przesadził, porównując Karima do kreacji Samuela L. Jacksona, nie sposób nie zauważyć, że na opowieść o opresji, wyzysku, biedzie i głodzie faktycznie zabrakło w filmie miejsca. „Powiernik królowej” to urocza historia o przyjaźni rozkwitającej między samotną, starzejącą się królową a jej indyjskim Munshim (czyli nauczycielem), Abdulem Karimem; to współczesna bajka w klimatach wiktoriańskich o niezwykłej parze, stawiającej czoła wrogiemu, nietolerancyjnemu, zawistnemu światu. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, przebitki pokazujące Indusów żyjących w nędzy, a nawet umierających z głodu – których być może oczekiwaliby szczególnie zajadli krytycy – z pewnością do tej konwencji by nie pasowały.

Niejako w obronie twórców filmu należy przypomnieć, że sama książka, na podstawie której produkcja ta powstała, niewolna jest od sentymentalizmu, a nawet orientalizmu – jak w rozdziale, w którym Abdul Karim zbudził się rano przy śpiewie muezina, gdy „pierwsze promienie słońca padły na Tadż Mahal, kąpiąc go w ciepłym blasku”… Co ciekawe, autorką tych oraz innych utrzymanych w podobnym klimacie słów jest Shrabani Basu, urodzona w Kalkucie pisarka, mieszkająca obecnie w Londynie. Ewentualne zarzuty o romantyczny orientalizm należy więc w pierwszej kolejności stawiać – paradoksalnie – autorce indyjskiej, a dopiero później twórcom brytyjskim i amerykańskim.

Kwestia rasizmu i uprzedzeń

Jednym z najciekawszych wątków pojawiających się zarówno w filmie, jak i w książce, jest kwestia rasizmu i uprzedzeń wobec Indusów. Choć nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Basu puszcza od czasu do czasu wodze fantazji, wiele z przywołanych przez nią historii w istocie znajduje potwierdzenie w przywoływanej przez nią korespondencji królowej, jej rodziny i współpracowników. Film przedstawia tę sprawę zdecydowanie jednowymiarowo – to portret angielskiej arystokracji, nienawidzącej uroczego, niewinnego Karima w pierwszej kolejności z powodu koloru skóry, drugiej – religii, trzeciej – serdecznych relacji z królową, o których nawet jej najbliżsi współpracownicy mogli tylko pomarzyć. Książka przedstawia znacznie bardziej złożony obraz sytuacji – niektóre listy sugerują, że Munshi miał przeciwko sobie również wielu służących z Indii, którzy skarżyli się na jego zachowanie. Przywołane przez Basu listy i zapiski wskazują na to, że Karim mógł być osobą wykorzystującą swoje wpływy, lekceważącą pozostałych służących (zarówno indyjskich, jak i brytyjskich) oraz domagającą się coraz to nowych odznaczeń i przywilejów od królowej (ponoć to sam Karim miał zaproponować nadanie mu tytułu szlacheckiego!). W tym kontekście warto również zauważyć, że film zupełnie pomija kwestię stosunku Brytyjczyków wobec indyjskiej arystokracji – a przecież jest to jeden z najlepszych dowodów na to, że relacje pomiędzy Brytyjczykami a Indusami nie ograniczały się do prostego podziału na kolonizatorów i skolonizowanych. W rzeczywistości, równie wielkie znaczenie, co kolor skóry, miało pochodzenie społeczne. Innymi słowy, inaczej traktowano służących, inaczej urzędników, a inaczej maharadżów.

Wydaje się, że niezbyt fortunnym posunięciem twórców filmu było wprowadzenie wątku powstania sipajów. W jednej ze scen królowa wystawia się na pośmiewisko swoich własnych współpracowników, ponieważ bezrefleksyjnie powtarza za Karimem, że to hindusi wzniecili powstanie, muzułmanie zaś mieli pozostać lojalni wobec Kompanii Wschodnioindyjskiej (podczas gdy, jak tłumaczą nie bez satysfakcji jej rozmówcy, to przede wszystkim muzułmanie się zbuntowali). Pojawienie się wątku związanego z powstaniem sipajów można oczywiście łatwo wytłumaczyć – nie sposób przecież zrobić filmu o British Raj bez odniesienia do jednej z największych traum brytyjskiego panowania w Indiach. Wydaje się jednak, że o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby przybliżenie widzom relacji między hindusami a muzułmanami na przełomie XIX i XX wieku, w tym rosnącego między tymi dwiema grupami napięcia zarówno na płaszczyźnie społecznej, jak i politycznej. Jak wynika z książki Basu, Karim niejednokrotnie opowiadał królowej o prześladowaniach, jakich doświadczali muzułmanie ze strony hinduskiej większości i prosił ją o interwencję. W tym świetle wydaje się zrozumiałe (co nie znaczy, że godne pochwały) zachowanie Karima i oczernianie przez niego hindusów. Niestety, film kwestii tej w ogóle nie tłumaczy; w konsekwencji widz ma prawo czuć się zdezorientowany, dlaczego ten sympatyczny Munshi o niewinnym uśmiechu świadomie okłamywał w sprawie powstania sipajów królową, swoją patronkę i przyjaciółkę.

Spalona korespondencja

Niezależnie od tego, jaka jest prawda o Munshim – czy był on czarującym, prawdziwie oddanym królowej człowiekiem, szkalowanym wyłącznie z powodu koloru skóry i religii, czy też sprytnym karierowiczem, któremu udało się omotać samotną kobietę – warto pochylić się nad tym, jak rozprawiono się z nim po śmierci jego patronki. Jak wynika ze źródeł przytoczonych przez pisarkę, syn Wiktorii i następca tronu, Albert Edward, dopilnował, by spalono całą korespondencję między królową a Karimem. Ciało królowej nie zdążyło jeszcze ostygnąć, gdy Karim został wyrzucony ze swojej willi i zmuszony do powrotu do Indii. Po jego śmierci w 1909 roku, pogrążoną w żałobie rodzinę mieszkającą w Agrze niepokojono ponownie, zmuszając ją do oddania ostatnich listów, jakie po nim pozostały. Nie ulega wątpliwości, że pamięć o kontaktach królowej z jej muzułmańskim nauczycielem próbowano wypalić do żywego. Na szczęście zachował się dziennik Karima, przechowany przez potomków jego brata, którzy w 1947 roku wyemigrowali do Pakistanu po podziale subkontynentu; przetrwały również pamiętniki królowej prowadzone przez nią w urdu – w języku, którego przez wiele lat uczył jej właśnie Munshi. To dzięki nim historia przyjaźni między Wiktorią i Abdulem po ponad stu latach ujrzała światło dzienne.

Choć wersja filmowa jest niewątpliwie przyjemna w odbiorze – zwłaszcza ze względu na kilka całkiem zabawnych scen (gdy obśmiane zostają pompatyczność i hipokryzja brytyjskich salonów) oraz grę aktorską Judi Dench – wydaje się, że książka Shrabani Basu przedstawia znacznie większą wartość. Jest bardzo zręcznie i ciekawie napisana, i chociaż nie jest z założenia książką naukową, na podstawie licznych cytatów, fragmentów listów i zapisków można stwierdzić, że stanowi owoc porządnej kwerendy. W tym kontekście można chyba wybaczyć pisarce momenty ckliwości i cukierkowatości; może nawet da się przymknąć oko na orientalizujące opisy bazarów pełnych przypraw i bajecznych kolorów przy pominięciu nędzy, opresji i wyzysku (poza wszystkim, czy „prawdziwe” Indie zawsze muszą mieć przerażające oblicze?). Niestety, książka nie doczekała się jeszcze polskiego tłumaczenia.

Wracając na koniec do postawionego w tytule pytania, wydaje się, że klimat, który przywołani wcześniej krytycy wzięli za tęsknotę za Imperium, jest bardziej mieszanką sentymentalizmu i romantyzmu, atmosferą doskonale pasującą do opowieści o życiu wielkiej królowej wśród bogato zdobionych komnat i przyjęć na kilkuset gości. Jakkolwiek zresztą ukazano by działalność Imperium Brytyjskiego, nie tylko spotkałoby się to z krytyką, lecz, co ważniejsze, nie byłoby to w stu procentach zgodne z prawdą. Czy Brytyjczycy przynieśli wynalazki techniki, nowoczesną medycynę, czy pozwolili się wykształcić i zdobyć pracę w machinie administracyjnej milionom Indusów? Tak. Czy Brytyjczycy wyzyskiwali gospodarczo Indie, traktując je jak rynek zbytu i doprowadzając do nędzy, a nawet śmierci z głodu miliony Indusów? Tak. Uchwycenie wszystkich odcieni Imperium w tle 90-minutowej/300-stronicowej opowieści o przyjaźni między królową Wiktorią a jej Munshim z pewnością nie byłoby możliwe.

PODZIEL SIĘ
mm
Doktorantka na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zajmuje się historią relacji chińsko-indyjskich, jest również autorką dwóch książek poświęconych wizerunkowi Indusów i Chińczyków w literaturze brytyjskiej.

1 KOMENTARZ

  1. Gratuluję, świetna recenzja, człowieka – takiego jak ja, a więc niespecjalnie zainteresowanego tematyką – doskonale wprowadza w problematykę brytyjskiej spuścizny kolonialnej z jej wieloma kontekstami kulturowymi, politycznymi i historycznymi. A ta jest zawsze pasjonująca.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here