Donald Trump a kwestia Korei Północnej

873

Przedwyborcze obietnice w 2016 roku

Podczas zeszłorocznej kampanii wyborczej Donald Trump niejednokrotnie nawiązywał do Korei Północnej i jej programu atomowego. Przyszła głowa państwa wśród analityków i doświadczonych polityków amerykańskich takich jak np. Jimmy Carter budziła zaniepokojenie oraz niewiarę w to, że kiedykolwiek rozwiąże problem północnokoreański.

W udzielanych wówczas wywiadach prezydent elekt wiele razy odnosił się do Półwyspu Koreańskiego. Poruszając zagadnienie arsenału nuklearnego dynastii Kimów, Trump jednocześnie wspominał o Republice Korei i Chińskiej Republice Ludowej, a więc państwach, które bez wątpienia mają ogromne znaczenie w tym regionie. Już wtedy przyszły prezydent głośno mówił o tym, że „Korea Południowa powinna płacić Stanom Zjednoczonym znacznie więcej za utrzymywanie 28 tysięcy żołnierzy w obronie przed Północą, gdyż teraz „płaci nam [czyli USA] grosze. Zasugerował nawet, że jeśli Seul nie będzie ponosić większych kosztów za obronę, to USA mogą rozważyć wycofanie sił z Półwyspu Koreańskiego, co u wielu komentatorów, zarówno krajowych, jak i zagranicznych, wzbudziło rozczarowanie taką postawą.

US. a podział Korei

Ostatnim razem, gdy wojska amerykańskie wycofały się z Południa, tj. pod koniec lat 40. XX wieku, Północ wykorzystała zaistniałą sytuację i 25 czerwca 1950 r. dokonała najazdu na terytorium Republiki Korei. W konsekwencji wybuchła krwawa wojna, która utrwaliła podział Korei na dwa odrębne, przeciwstawne sobie do dnia dzisiejszego państwa. W tym wypadku, w ocenie autora, nikt nie traktował słów Trumpa na poważnie, ponieważ wycofując się z tego regionu USA osłabiłby nie tylko swoich sojuszników (Koreę Południową i Japonię), ale również własną pozycję na arenie międzynarodowej.

Z kolei na pytanie dziennikarzy, jak rozwiązać problem północnokoreański, wskazywał na Pekin. W jego ocenie to właśnie „Chiny mają całkowitą kontrolę nad Koreą Północną. Powinny rozwiązać ten problem, a jeśli go nie rozwiążą [to] powinniśmy utrudnić handel Chinom.

Warto tutaj zaznaczyć, że Donald Trump deklarował wolę rozmowy z przywódcą Korei Północnej – Kim Dzong-Unem. Podczas zeszłorocznej kampanii wyborczej zwrócił słuszną uwagę, że odkąd Kim Dzong-Un objął władzę z końcem grudnia 2011 roku, to oprócz znanego amerykańskiego koszykarza Dennisa Rodmana nikt nie rozmawiał z północnokoreańskim przywódcą, co było ogromnym błędem i pośrednio mogło wpłynąć na zachowanie Korei Północnej w regionie.

„Szaleniec” i „starzec”

Niedługo potem w kolejnym wywiadzie prezydent elekt dodał, że wbrew pozorom nie należy lekceważyć reżimu północnokoreańskiego. Mimo młodego wieku Kim Dzong-Un okazał się sprawnym administratorem państwa, skoro w odstępie krótkiego czasu w latach 2012-2016 potroił arsenał rakietowy i przeprowadził 3 próby atomowe (4. próba  pod jego rządami miała miejsce 3 września 2017 roku). Dodatkowo dokonał czystki w aparacie administracyjnym, aby w ten sposób umocnić własną pozycję. Dla USA Kim Dzong-Un okazał się o wiele bardziej bezwzględnym przeciwnikiem niż Kim Dzong-Il, co również nie umknęło uwadze Trumpa: „wykończył własnego wuja [Dzang Song Thaek] i kolejne osoby. To znaczy, ten facet nie gra z nami. I nie możemy z nim grać. Ponieważ on naprawdę ma pociski. I on naprawdę ma broń nuklearną.

Pomimo tego, Trump podczas kampanii wyborczej nie zrezygnował z ostrych słów pod adresem Kim Dzong-Una, określając go jako: madman, bad dude, maniac, smart cookie czy rocketman (ostatniego sformułowania użył już jako prezydent). Oczywiście młody przywódca Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej nie pozostał mu dłużny, nazywając go mentally deranged U.S. dotard, co w tłumaczeniu na język polski znaczy obłąkany, amerykański zdziecinniały starzec. Czy w ten sposób Donald Trump przez ostrą retorykę chciał zastraszyć następcę Kim Dzong-Ila, czy może go wykpić? Trudno ocenić.

Bez wątpienia jednak 20 stycznia 2017 roku Donald Trump został 45. prezydentem USA. Wybór republikanina w miejsce demokraty (Barack Obamy) oznaczał nie tylko zmiany personalne na poszczególnych stanowiskach, ale nowy, zapowiadany przez niego rozdział w polityce zagranicznej i nowe podejście do Azji Wschodniej, w tym wypadku problemu północnokoreańskiego. Jakie działania podjęła już obecna administracja Trumpa wobec Korei Północnej? Czy ostatnia wizyta prezydenta USA w Seulu zmieni sytuację w regionie? Autor udzieli odpowiedzi w niniejszej analizie.

W stronę czołowego zderzenia?

Po „przepychankach” słownych podczas kampanii wyborczej nowa administracja kontynuowała zapoczątkowaną przez Baracka Obamę politykę „strategicznej cierpliwości”, która w głównej mierze opierała się na sankcjach i lekceważeniu reżimu północnokoreańskiego.

Z kolei Korea Północna, nie czekając na ruch USA i społeczności międzynarodowej, prowadziła dalsze prace nad programem atomowym i rakietowym. Już w lutym 2017 r. ogłosiła nowy rodzaj rakiety Pukguksong-2. Wystrzelony pocisk przeleciał ok. 500 km i wpadł do Morza Japońskiego (zwanego przez Koreańczyków Wschodnim). Niedługo potem na początku marca reżim północnokoreański wystrzelił kolejne 4 pociski balistyczne dalekiego zasięgu – 1000 km, również i one były skierowane w stronę Morza Japońskiego.

Administracja Trumpa widząc, że działania Pjongjangu z miesiąca na miesiąc stają się coraz bardziej groźne w regionie, wdrożyła zapowiedziany wcześniej system antybalistyczny THAAD na terytorium Republiki Korei. Warto tutaj podkreślić, że wspomniany wyżej system był efektem niepowodzenia rozmów sześciostronnych oraz elementem strategii zapewniającej bezpieczeństwo sojusznikowi – Korei Południowej. Dodatkowo Waszyngton wraz z Seulem i Tokio odpowiedzieli na wcześniejsze testy rakietowe Pjongjangu, wysyłając flotę do tego samego miejsca, do którego Korea Północna wcześniej wystrzeliła cztery pociski. Okręty wojenne Aegis (tzw. Aegis Combat System) rozpoczęły ćwiczenia mające na celu zwiększenie zdolności do zestrzeliwania wrogich pocisków balistycznych.

Biorąc pod uwagę rosnące napięcie w regionie, główny dyplomata Chińskiej Republiki Ludowej, minister spraw zagranicznych Wang Yi, ostrzegł, że zarówno USA, jak i Korea Północna są nastawione na „zderzenie czołowe”, a żadna ze stron nie ustąpi.

Słowa dyplomaty okazały się prorocze, ponieważ KRL-D na początku kwietnia wystrzeliła kolejny pocisk balistyczny SCUD, który tak jak poprzednie pokonał ok. 1000 km i wpadł do Morza Japońskiego. W międzyczasie Stany Zjednoczone zrzuciły ogromną bombę wybuchową GBU-43 / B (MOAB), znaną również jako „matka wszystkich bomb”, na kryjówkę ISIS w Afganistanie. Z jednej strony Waszyngton uśmiercił ok. 90 islamistów, z drugiej zademonstrował pokaz siły, który był skierowany między innymi w stronę Korei Północnej. I tak też zresztą został odczytany przez Kim Dzong-Una, ponieważ podczas corocznej parady wojskowej w Pjongjangu reżim północnokoreański zaprezentował szereg nowych pocisków (m.in. Pukguksong-2 znany jako KN-15) i wyrzutni rakietowych. Chińska gazeta „Global Times” kontrolowana przez partie rządzącą słusznie podkreśliła, że taka presja nie przyniesie pozytywnego efektu, a wręcz przeciwnie – „Korea Północna musiała poczuć falę uderzeniową płynącą z Afganistanu, stąd dalsze zbrojenia nabrały uzasadnienia ze strony KRL-D.

Dnia 16 kwietnia 2017 r. reżim północnokoreański przeprowadził kolejną próbę rakietową, zakończoną tym razem niepowodzeniem.

Obecny wiceprezydent USA Mike Pence, odwiedzając południowokoreańską stronę strefy zdemilitaryzowanej (DMZ) 17 kwietnia, ostrzegł Koreę Północną, aby nie sprawdzała determinacji Stanów Zjednoczonych „ani naszych sił wojskowych. Obok stanowczej odpowiedzi Waszyngtonu również Rada Bezpieczeństwa ONZ zabrała głos, potępiając najnowszą próbę rakietową Korei Północnej.

Niestety tak jak w poprzednich miesiącach i latach, reżim bynajmniej nie przejmował się zdaniem opinii międzynarodowej i kontynuował prace nad programem rakietowym. Tym razem jednak Rada Bezpieczeństwa ONZ jednogłośnie zagłosowała za wprowadzeniem nowych sankcji przeciwko Korei Północnej. Niestety i te sankcje nie wstrzymały działań Pjongjangu. Na domiar złego 4 lipca KRL-D ogłosiła światu, że przeprowadziła pierwszy udany test międzykontynentalnej rakiety balistycznej (ICBM Hwasong 14) zdolnej do przenoszenia broni nuklearnej, która może „dotrzeć do dowolnego miejsca na świecie. Co ciekawe przeprowadzona próba miała miejsce w dniu, w którym Amerykanie obchodzili u siebie święto niepodległości. Sam przywódca Korei Północnej, Kim Dzong Un, udzielając wywiadu Koreańskiej Centralnej Agencji Prasowej stwierdził, że: „był to prezent dla amerykańskich drani, którzy świętowali święto niepodległości. Powinniśmy im często dostarczać takie małe i duże prezenty.

Bynajmniej Kim Dzong-Un na tym nie poprzestał i 28 lipca przeprowadził drugi test rakiety międzykontynentalnej (ICBM Hwasong 14). Zdaniem ekspertów południowokoreańskich kolejna próba była bardziej zaawansowana niż ta z 4 lipca. Wystrzelony pocisk z początku miesiąca przeleciał ok. 2800 km., jednak drugi już ok. 3700 km. Obie rakiety mogłyby teoretycznie zagrozić terytorium USA (m.in. Alasce i większym aglomeracjom takim jak Los Angeles, Denver i Chicago). Prezydent Donald Trump zadeklarował wówczas, że „Stany Zjednoczone podejmą wszelkie niezbędne kroki, aby zapewnić bezpieczeństwo ojczyźnie i chronić naszych sojuszników w regionie. Natomiast Kim Dzong-Un oświadczył, aby Waszyngton potraktował to jako „poważne ostrzeżenie.

Zacieśnienie współpracy polityczno-militarnej na linii Waszyngton-Seul

Wszystkie dotąd przeprowadzone próby rakietowe i nuklearne, a zwłaszcza ostatnia z 3 września 2017 r. potwierdzają, że na dzień obecny nie można liczyć na pokojowy dialog z Pjongjangiem. Stąd nacisk na Chińską Republikę Ludową i zapewnienie sojuszników (Republiki Korei i Japonii) o wsparciu wydaje się być jedynym rozwiązaniem dla obecnej administracji amerykańskiej, czego przejaw stanowiła ostatnia wizyta prezydenta USA Donalda Trumpa w Seulu 7 listopada 2017 roku.

Wizyty przywódców państwowych można podzielić na kilka kategorii: robocze, oficjalne i państwowe. W tym wypadku wizyta Trumpa miała szczególny charakter, otóż od czasów Clintona żaden kolejny po nim prezydent nie występował przed Zgromadzeniem Narodowym w Seulu, aż do teraz. Przemówienie to w dużej mierze opierało się na długiej historii amerykańskiego wsparcia wojskowego dla Korei Południowej, z odniesieniami do wojny koreańskiej z lat 1950-1953. Oprócz tego podkreślono w nim również sukcesy gospodarcze Republiki Korei osiągnięte w ciągu ostatnich dziesięcioleci od czasu wspomnianego konfliktu.

Najważniejszym jednak momentem przemówienia była kwestia Korei Północnej i jej ostatnich działań w regionie. Donald Trump skrytykował północnokoreański program rakietowy oraz atomowy:

Broń, którą nabywasz, nie czyni cię bezpiecznym, lecz stawia twój reżim w zagrożeniu.

Z najważniejszych kwestii poruszonych przez niego sprawa bezpieczeństwa USA i jej sojuszników była priorytetowa:

Nie pozwolimy, aby amerykańskie miasta były zagrożone zniszczeniem, nie damy się zastraszyć i nie pozwolimy, aby najgorsze okrucieństwa w historii powtórzyły się tutaj, na tym terenie, o który walczyliśmy i umieraliśmy tak ciężko, aby zapewnić bezpieczeństwo.

Oświadczył również, że w interesie Północy lepiej byłoby „zasiąść przy stole i zawrzeć porozumienie. Dodatkowo zwrócił się również do społeczności międzynarodowej:

Wzywamy każdy naród – w tym Chiny i Rosję – do pełnego wdrożenia rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, ograniczenia stosunków dyplomatycznych z reżimem i zerwania wszelkich powiązań handlowych i technologicznych. Naszą odpowiedzialnością i obowiązkiem jest stawienie czoła temu niebezpieczeństwu razem, ponieważ im dłużej zwlekamy, tym większe niebezpieczeństwo rośnie i mamy coraz mniej opcji [by ten problem rozwiązać].

Wizyta prezydenta Donalda Trumpa w Republice Korei potwierdziła silną więź między Waszyngtonem a Seulem i pokazała, że wbrew wcześniejszym zapowiedziom, choćby tym z kampanii wyborczej, Korea Południowa obok Japonii pozostaje kluczowym partnerem w regionie dla USA.

Obowiązujący do dnia dzisiejszego traktat sojuszniczy z 1 października 1953 r. zawarty pomiędzy obydwoma państwami zobowiązuje je do współpracy na rzecz pokoju w regionie. Jednak kluczową pozycję mają tutaj USA. To właśnie na nich spoczywa obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa Republice Korei przed agresją KRL-D. Dla Donalda Trumpa i jego administracji nie jest to łatwe zadanie, ponieważ stosowana polityka sankcji i gróźb pod adresem Pjongjangu nie zadziałała.

„Strategiczna cierpliwość” czy „pokój przez siłę”?

Wobec tego, czy nowa administracja amerykańska zerwie ze stosowaną do tej pory polityką „strategicznej cierpliwości”? W ocenie autora na pewno zostanie porzucona polityka biernego patrzenia na poczynania Korei Północnej. Oczywiście w tym wypadku nie można mówić o interwencji militarnej na Półwyspie Koreańskim, lecz o działaniu dyplomatycznym, o którym wspominał Trump.

Podczas swojego przemówienia zapowiedział, że chce pokoju przez siłę. To może oznaczać tylko jedno – kolejne działania reżimu północnokoreańskiego nie będą tolerowane, jak do tej pory:

Czas na wymówki się skończył, teraz jest czas na siłę, jeśli chcesz pokoju, musisz zawsze stać mocno. Świat nie może tolerować zagrożenia zbójeckiego reżimu, który grozi nuklearną dewastacją„.

W tym wypadku również obecny prezydent Republiki Korei Moon Jae-in przyznał rację Trumpowi, że kolejne działania Pjongjangu nie mogą być tolerowane. Jednak w przeciwieństwie do Waszyngtonu, Seul chciałby ugodowo rozwiązać problem przez negocjacje i pomoc gospodarczą. W zamian za to Korea Północna mogłaby porzucić niebezpieczny program zbrojeń. Biorąc pod uwagę doświadczenie z rozmów sześciostronnych, które zostały przerwane z winy KRL-D, taki scenariusz nie wydaje się być realny w najbliższym czasie, mimo że strona chińska apeluje o powrót do stołu negocjacyjnego.

Korea Południowa na dzień obecny nie ma innego wyjścia, jak wiernie trwać przy boku USA i zaakceptować własną pozycję w sojuszu jako junior partner, co złośliwie podkreślają południowokoreańscy analitycy. Jednak jak wcześniej autor wspomniał, bez USA pozycja osamotnionej Republiki Korei w tym konflikcie byłaby słaba. Stąd Seul musi razem działać z Waszyngtonem, jednocześnie nie narażając na szwank stosunków z Pekinem i Moskwą.

Twardy kurs Waszyngtonu wobec Pjongjangu

Odkąd w Korei Północnej władzę sprawuje Kim Dzon-Un, KRL-D wykonała ogromny postęp w dziedzinie rozwoju arsenału rakietowego. Poczynione działania bez wątpienia wpłynęły na siłę państwa północnokoreańskiego, ponieważ z każdą kolejną próbą reżim doskonali swoje umiejętności militarne.

Przywódca KRL-D od początku sprawowania swojego urzędu postawił na arsenał rakietowy i nuklearny, czego dowodzą ciągłe próby. W ten sposób prowadzona polityka lidera północnokoreańskiego potwierdza jego aspiracje mocarstwowe.

Już teraz amerykańscy analitycy, jak np. Harry J. Kazianis, mówią wprost, że „Korea Północna powoli przekształca się w siłę jądrową i rakietową na naszych oczach.

W konsekwencji działania Waszyngtonu muszą być ostrożne i przemyślane. Stąd nie dziwić może ostatnia decyzja Trumpa o powtórnym umieszczeniu Korei Północnej na liście państw sponsorujących międzynarodowy terroryzm. Jak sam prezydent tłumaczył, jest to konieczne, by odciąć reżim północnokoreański od źródeł finansowych. Warto tutaj dodać, że KRL-D ze wspomnianej listy została skreślona już w 2008 roku podczas prezydentury Georga W. Busha za cenę porzucenia rozwoju programu atomowego, jednak bezskutecznie.

Dzisiaj Stany Zjednoczone desygnowały Koreę Północną jako państwo sponsorujące terroryzm. Powinno to mieć miejsce dawno temu. Powinno się to wydarzyć lata temu (…) Ta desygnacja nałoży dodatkowe sankcje i kary na Koreę Północną i wesprze naszą kampanię maksymalnego nacisku, aby odizolować ten morderczy reżim – powiedział Trump.

Ta decyzja wzbudziła spore kontrowersje, ponieważ jak niektórzy uważają, nic to nie zmieni. Były specjalista w Departamencie Stanu ds. Korei Północnej Mintaro Oba stwierdził, że:

Ponowne desygnowanie Korei Północnej jako państwa sponsorującego terroryzm nie wniesie wiele do naszych wysiłków nacisku na Koreę Północną, ale jest to działanie o symbolicznej wartości, które utrudni tylko drogę ku denuklearyzacji.

W ocenie autora trudno nie zgodzić się z wspomnianymi wyżej słowami, ponieważ ciężko będzie przekonać Koreę Północną, aby zrezygnowała zarówno z programu rakietowego, jak i atomowego, zwłaszcza że 29 listopada 2017 r. przeprowadziła kolejny test międzykontynentalnej rakiety – Hwasong-15. Według Koreańskiej Centralnej Agencji Prasowej pocisk jest w stanie przenieść głowicę jądrową i dolecieć do terytorium USA oraz zagrozić bezpieczeństwu jej obywateli. Podobnie jak ostatnio społeczność międzynarodowa potępiła działania KRL-D. Amerykański sekretarz stanu Rex Tillerson ponownie skrytykował Pjongjang i wezwał reżim do zaniechania dalszych prób:

Opcje dyplomatyczne pozostają opłacalne i otwarte, na razie. Stany Zjednoczone nadal dążą do znalezienia pokojowej ścieżki do denuklearyzacji i położenia kresu wojowniczym działaniom Korei Północnej.

Wobec tego warto odnieść się do ostatnich działań administracji Trumpa, ponieważ określenie państwa jako wspierającego terroryzm niesie za sobą kilka poważnych konsekwencji. Po pierwsze Stany Zjednoczone mogą wprowadzić zakaz eksportu i sprzedaży artykułów wojskowych w dziedzinie obronności dla kraju, który handluje z państwem umieszczonym na wspomnianej liście. Po drugie USA mogą poddać kontroli każdy podejrzany transport lądowy, powietrzny, morski do kraju oskarżonego o wspieranie międzynarodowego terroryzmu. Po trzecie USA wobec państwa wrogiego mogą zastosować całkowity zakaz pomocy gospodarczej. W końcu mogą nałożyć różnego rodzaju ograniczenia finansowe.

W przypadku Korei Północnej bez wątpienia chodzi o ostatnią rzecz – wykrycie kanałów, które są odpowiedzialne za handel z KRL-D.

Nie od dzisiaj wiadomo, że reżim północnokoreański ma rozbudowaną sieć globalnych systemów finansowych, za pomocą których finansuje swoje dalsze badania nad programem atomowym i rakietowym. W dodatku Waszyngton musi prowadzić dialog z Pekinem i dążyć do wywarcia nie tylko presji na państwo Kimów, ale porozumienia z Chińską Republiką Ludową mającą największy wpływ na Pjongjang.

Podsumowując, głównym celem administracji Trumpa jest doprowadzenie do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Ostatnia wizyta w Seulu, zapewnienie Republiki Korei wsparciem politycznym, militarnym oraz ponowne umieszczenie Korei Północnej na liście państw wspierających międzynarodowy terroryzm oznaczać będzie twardy kurs Waszyngtonu wobec Pjongjangu. Niewykluczone, że aby zapewnić jak najwyższy poziom bezpieczeństwa w regionie, USA zwiększą swoją obecność wojskową na półwyspie, a dzień, kiedy amerykańscy żołnierze wycofają się z niego w myśl hasła „Yankee Go Home” to dzień, w którym dwa odrębne państwa koreańskie mogą się zjednoczyć.

PODZIEL SIĘ
Absolwent studiów magisterskich na kierunku Historia i licencjackich na kierunku stosunki międzynarodowe (specjalizacja: dyplomacja współczesna) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Miłośnik dziejów nowożytnej Europy. Obecnie student Instytutu Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Główne obszary zainteresowań: polityka USA wobec Półwyspu Koreańskiego, polityka zagraniczna państw koreańskich, stosunki polityczno-gospodarcze pomiędzy ChRL a KRL-D.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here