Fukuyamista w azjatyckim świecie. Recenzja książki Salvatore’a Babonesa „American Tianxia. Amercian Power, Chinese Money and the End of History”.

582

 

W środowiskach zajmujących się naukowo i analitycznie Azją przywykliśmy jako dogmat traktować tezy o nieuniknionym przesuwaniu się centrum światowego globu na Daleki Wschód. Jesteśmy przekonani o tym, że XXI wiek będzie wiekiem Azji, tak jak XX był wiekiem Ameryki, a XIX Europy. W tych opiniach nie jesteśmy jakoś szczególnie oryginalni: to raczej trend światowy, konkluzja o nadchodzącym czasie Azji jest dość uniwersalna.

Zasadniczo podtrzymując to zdanie, zawsze jednak warto sięgać po argumenty przeciwne, krytyczne. Najlepiej wsłuchiwać się w głosy oponentów, gdyż tylko to wyostrza nasze stanowisko. Właśnie pojawił się praca będąca kwintesencją podejścia odmiennego. Książka amerykańskiego socjologia, profesora Uniwersytetu w Sydney, Salvatore’a Babonesa (którego część osób może pamiętać z wykładów w UJ rok temu) zatytułowana American Tianxia. Amercian Power, Chinese Money and the End of History.

Już podtytuł sugeruje intelektualne źródła: to czytelne odwołanie się do Francisa Fukuyamy i jego (nie)sławnego eseju (a potem książki) „koniec historii”, czyli intelektualnej wizji powszechnego zwycięstwa liberalnej demokracji na świecie. Fukuyamowski „koniec historii” zdobył wielką popularność na początku lat 90-tych, gdy zdobył tłumy wyznawców. Z czasem jednak narosła krytyka wobec tej koncepcji wyrastająca z obserwacji rzeczywistości, która nie potwierdzała tez Fukuyamy. Szczególnie kryzys ekonomiczny sprzed dziesięciu lat stał się w powszechnej opinii gwoździem do trumny Fukuyamowskich wizji. Ba! Nawet sam Fukuyama się z nich częściowo rakiem wycofał, „modyfikując” swoją tezę i głosząc, iż nie do końca go zrozumiano.

W powszechnej opinii mało kto w ostatnim czasie przestrzelił tak jak Fukuyama z prognozowaniem przyszłości. Nie mogą się z nim równać zachodni badacze regularnie wieszczący koniec komunistycznych Chin czy upadek KRLD, bo to tylko skala lokalna, zaś Fukuyama – światowa. O Fukuyamie niemal każdy słyszał, pozostał on jednym z najczęściej cytowanych autorów. Czyli spełnił marzenie każdego akademika.

Wydawać by się mogło, że 28 lat po powstaniu „końca historii” i jakąś dekadę po powszechnym odejściu od Fukuyamowskich tez nikt nie będzie już ich bronił. A jednak czyni to teraz Babones i jest to obrona na tyle uargumentowana, iż warto się do niej odnieść. Babones modyfikuje bowiem twierdzenie Fukuyamy iż to liberalna demokracja będzie ostatecznym system wolności w świecie „końca historii”; według profesora z Sydney to nie demokracja, lecz indywidualizm. Według niego ludzie z całego świata coraz bardziej stawiają swoje interesy przed interesami krajów z których pochodzą. W efekcie wybierają życie według reguł amerykańskiego świata – bądź pozostanie na marginesie.

Dzieje się tak, gdyż amerykański system światowy (tytułowe tianxia, czyli chiński termin oznaczający „wszystko pod niebem”) premiuje jednostki, przez co następuje sprzężenie zwrotne. Jednostki same z siebie wspierają amerykański system, on zaś pozostaje trwały – i będzie takim przez najbliższe kilka wieków. W tej wizji wzrost Chin nie ma wielkiego znaczenia, gdyż według Babonesa i tak pozostaną one krajem średniego rozwoju na poziomie Turcji. Zaś najbardziej przedsiębiorczy Chińczycy wyjadą do USA (konkretni do Kalifornii). Konkluzja Babonesa jest dość prosta. Każdy, kto chce osiągnąć rozwój osobisty w tym świecie musi pogodzić się z regułami gry amerykańskiego tianxia. Albo pozostać na marginesie.

Przedstawiona wyżej koncepcja jest hymnem pochwalnym na rzecz praw człowieka. Zaś ujmując rzecz teoretycznie, w toczącej się w naukach społecznych debacie pt. agencja-struktura (co jest ważniejsze? Rola jednostek czy struktur społecznych?) wyraźnym przechyłem w stronę agencji. Owa jednostronność zdradza aż nazbyt wyraźnie poglądy Autora. A przede wszystkim jest największą słabością książki.

Już pal licho fakt, że jest to irytująca maniera („wszyscy chcą być takimi jak my!”). Każdy kto zetknął się z Amerykanami czy to za oceanem czy u nas wie, że oni tak mają. Gorzej: ona po prostu intelektualnie dziurawa.

Ignoruje bowiem tysiące odmiennych przesłanek, takich jak różnice kulturowe, duma narodowa, globalna niechęć do USA itp. Sprawiających, że nie każdy chce żyć w Ameryce (lub krajach anglosaskiego centrum) bądź naśladować amerykański styl życia. To, tak wielu ludzi pije kawę w Starbucksie czy dyskutuje o Trumpie nie znaczy, że wszyscy chcą się stać Amerykanami. By uznać, że globalizacja równa się amerykanizacja trzeba mieć jednak bardzo rozbudowane poczucie wielkości amerykańskiego narodu – i słabo rozwiniętą pokorę. A także nie dostrzegać powierzchowności procesu westernizacji w wielu obszarach świata. A szczególnie w Azji, gdzie miejscowi, owszem, przyjmują wiele wynalazków Zachodu, jednak pozostają sobą. Co widać od zachowania w życiu codziennym po politykę.

Ogólnie Babonesowską koncepcję uniwersalnego indywidualizmu wspierającego system amerykański trzeba uznać za drażniącą, a momentami wręcz obraźliwą dla nie-Anglosasów. A jednocześnie ciekawą próbę intelektualnej obrony Fukuyamy, mającą jednak mnóstwo dziur i zbudowaną na dość kruchym fundamencie. Przecenianie roli jednostki to stary błąd szkoły „agencji” we wspomnianej debacie.

Samą natomiast koncepcję „amerykańskiego podniebia” trzeba docenić. Bo choć jest trochę bezczelna (trzeba mieć tupet by głównemu konkurentowi do władztwa nad światem podkraść termin i twierdzić, że pasuje do USA, a nie do Chin), to na pewno ciekawa. Najlepsze zaś w książce jest nie to, co apologetyczne wobec USA, lecz to co krytyczne wobec Chin. Byłoby znacznie lepiej dla książki, gdyby Babones więcej pisał o Azji i Chinach a mniej (samo)chwalił USA. Jak np. w rozdziale o Nowym Jedwabnym Szlaku, który dobrze zaczął, ale źle skończył, bo nagle przeskoczył na grunt amerykański zamiast punktować słabości tej koncepcji. Wtedy książka byłaby świetna, a tak jest tylko dobra.

Babones jest w niej najlepszy wtedy, gdy krytykuje „cały przemysł” naukowców, analityków i innych intelektualistów głoszących dominację Chin. Amerykański badacz twierdzi, że Chiny mają mnóstwo problemów strukturalnych i daleko im do zagrożenia hegemonii amerykańskiej. Co jest tezą przeciwną do dominującego obecnie mainstreamu na świecie. I właśnie za to, że głosi tezy odwrotne trzeba go czytać, co wszystkim polecam. Tym bardziej, że książka napisana jest dobrym językiem, w najlepszej tradycji anglosaskiego przystępnego stylu prac akademickich.

 

 

 

 

PODZIEL SIĘ
mm
dr nauk społecznych UJ, adiunkt w IBiDW UJ, autor czterech książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych: "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" i "Pani Birmy.Biografia polityczna Aung San Suu Kyi".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here