Komu potrzebna jest ta lekcja, czyli co wyniknie z kryzysu polsko – izraelskiego

Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej Andrzej Duda podpisał ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej.  W tzw. trybie następczym skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Według niej każdy kto sugeruje współodpowiedzialność państwa polskiego za zbrodnie wojenne musi liczyć się z karą grzywny lub do trzech lat więzienia. Krótki zapis wyłącza spod odpowiedzialności działalność naukową i artystyczną. Ustawa wywołała sprzeciw izraelskiego rządu i spięcia na linii Warszawa – Jerozolima.

Nie potrzebujemy waszej lekcji

Jednak jeszcze zanim do tego faktu doszło, zarówno polskie, jak izraelskie media zawrzały. Trudno nadążyć za biegiem wydarzeń i uzyskać wyważone teksty i wypowiedzi. Oburzenie wywołała najpierw opinia Jaira Lapida, lidera ugrupowania Jesz Atid, który podzielił się na Twitterze osobistą historią swojej ocalonej z Zagłady babci (której jednak prawdziwość jest kwestionowana). „Nie potrzebuję od was lekcji Holocaustu. Żyjemy jej konsekwencjami na co dzień, w naszej zbiorowej pamięci. Wasza ambasada powinna natychmiast przeprosić”. Również polska prawicowa publicystyka nie pozostała dłużna (żenujące żarty redaktora Ziemkiewicza i Wolskiego, zachęta by prezydent podpisał dokument mimo że „teść się obrazi”). Potem były  krytyczne wypowiedzi izraelskiego ministra edukacji Naftalego Benneta (w szkołach zostanie zwiększona liczba godzin poświęconych omawianiu polskiego wkładu w historię Holocaustu!), pogłoski o odwołaniu pani ambasador  Anny Azari, zaś uwieńczeniem było fatalne angielskie tłumaczenie oświadczenia polskiego premiera Mateusza Morawieckiego, z którego wynikło że… obozy jednak były polskie. Ale nikt w ten sprawie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Sytuacja jest dynamiczna i mówi się, że nie było jeszcze takiego kryzysu w relacjach polsko – izraelskich od ich ponownego nawiązania w 1990 r. Nieszczęśliwie wszystko to odbywa się w okolicach 27 stycznia – Dnia Pamięci o Ofiarach Holocaustu, kiedy zdecydowanie jest lepiej jest wspólnie pomilczeć niż rzucać słowo przeciwko słowu. Szczególnie, że historia ta dotyczy nas wszystkich.

Dobrzy albo źli

Kwestia problematycznego określenia „polskie obozy śmierci” jest obecna w dyskursie publicznym od dłuższego czasu. Regularnie aktywizują się kampanie kładące nacisk na używanie pojęć „niemieckie”, względnie „nazistowskie” obozy. Kampanie te nie zawsze są skuteczne, jak okazało się w momencie, gdy sformułowania takiego użył w 2012 r. ówczesny prezydent USA Barack Obama. Lapid świadomie i z niezrozumiałych względów wspomniał w swojej wypowiedzi o polskim wkładzie nie tylko w Holocaust, ale i w obozy, co jest zdecydowanym kłamstwem. Ale pojawiło się też jeszcze jedno istotne i niemożliwe do pominięcia zdanie – że zdarzało się, że na zniewolonych ziemiach polskich dochodziło do mordowania Żydów bez bezpośredniego udziału niemieckich okupantów. Istnieje różnica pomiędzy karaniem za twierdzenie, że obozy koncentracyjne były inicjatywą polską, a karaniem za próby podejmowania tematu tych Polaków, którzy na własną rękę współpracowali z hitlerowskim reżimem i wydawali Żydów za pieniądze i w taki właśnie sposób przyczynili się do tego, że naród żydowski – a także polski – żył w strachu i ginął. Prawdopodobnie nie robili tego ku chwale III Rzeszy i nie z powodów ideologicznych – kierowała nimi zazwyczaj chęć osiągnięcia osobistych korzyści i zwykły antysemityzm. Polemizowanie z odpowiedzialnością Polaków za pogrom ich sąsiadów w Jedwabnem czy przywłaszczanie sobie żydowskiej pozostawionej własności jest bezcelowe. Historia nie jest czarno – biała. Druga strona medalu – ocaleni i ich potomkowie mają prawo czuć się z tą ustawą niekomfortowo, zważywszy na ich osobiste przeżycia i wrogą postawę z polskiej strony. Nie wszystkim dane było otrzymać pomocną dłoń, schronienie i życzliwość. Ale jeżeli zdecydowanie nie zaprzeczają wspólnie z Polakami twierdzeniu o polskich obozach – to znak, że coś w naszych relacjach jest nie tak.

Razem czy osobno?

W całym tym sporze najważniejsze jest to, aby obie polityczne strony dostrzegły, że żadna tak do końca nie ma racji. Jest to wielki dramat dla narodu polskiego, że tak znaczna część procesu Zagłady odbywała się na naszych ziemiach pod niemiecką okupacją, na co nie mieliśmy wpływu. Niemożliwe jest także, by jakikolwiek naród jako całość odpowiadał za czyny poszczególnych jednostek.  Ducha takiego rozumowania najlepiej oddają umieszczone na łamach „Haaretz” słowa Moszego Arensa, byłego szefa izraelskiej dyplomacji i ministra obrony: Ważne jest jednak, by odróżniać zachowania pojedynczych Polaków lub grup Polaków od działań podejmowanych przez polski rząd na uchodźstwie w Londynie czy Armię Krajową w czasie wojny. A więc zarówno liczni polscy Sprawiedliwi, jak i szmalcownicy mają swoje miejsce w historii. Trzeba to zrozumieć i zawsze o tym pamiętać. To, że musimy korygować krzywdzące wypowiedzi dotyczące obozów jest przykrym edukacyjnym zaniedbaniem. Ale bronić się trzeba w mądry i wyważony sposób. Ustawa dbająca o to, by do takich rażących błędów nie dochodziło, jest konieczna. Ale wszelkie próby udowadniania sobie i innym, że jesteśmy krystalicznie czyści  – już nie.

AKTUALIZACJA 18.02.2018

Podczas sobotniego panelu na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium izraelski dziennikarz Ronen Bergman, piszący także dla „New York Timesa”, zagadnął  premiera Mateusza Morawieckiego o to, czy w myśl nowej ustawy o IPN zostałby w Polsce uznany  za przestępcę, gdyby opowiedział historię swojej matki. Choć sama przetrwała Holocaust w Polsce, wielu jej krewnych zostało zadenuncjowanych na Gestapo przez Polaków.  Premier Morawiecki  odpowiedział w następujący sposób: „Jest to niezmiernie ważne, aby zrozumieć (…), że nie będzie to postrzegane, jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy, czy ukraińscy – nie tylko niemieccy”. Sugestia na temat „żydowskiej współodpowiedzialności” za Zagładę wywołała ponowne oburzenie ze strony izraelskiego rządu.  Sprzeciw wobec niej wyraził w swoim oświadczeniu także przewodniczący Światowego Kongresu Żydów, Ronald S. Lauder.

W niedzielę z kolei miała miejsce telefoniczna rozmowa między premierami Morawieckim i Netanjahu, która miała ustabilizować niepokoje narosłe wokół zaistniałej sytuacji. Obaj politycy wyrazili chęć dialogu pomiędzy dwoma narodami równie dotkniętymi historią, obustronnego zrozumienia, rzetelnej debaty, uznali też, że odwoływanie się do wydarzeń z przeszłości bez odpowiedniego kontekstu jest nie najlepszym pomysłem.

Tymczasem na ogrodzeniu polskiej ambasady w Tel Awiwie i na tabliczce z informacją o konsulacie pojawiły się obraźliwe napisy jednoznacznie definiujące naród polski jako „morderców” i rysunki swastyk. Nigdy jeszcze takie zdarzenie nie miało miejsca. Polskie MZS oczekuje na wyjaśnienia.

PODZIEL SIĘ
Studentka studiów bliskowschodnich, moduł Izrael w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Zaangażowana w działalność Bliskowschodniego Koła Naukowego UJ i Stowarzyszenia Dni Izraela w Krakowie. Zainteresowania - polityka, kultura i społeczeństwo Izraela i jego relacje z innymi państwami, język hebrajski, konflikt izraelsko - palestyński, media na Bliskim Wschodzie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here