Imigranci w państwie imigrantów, czyli o uchodźcach w Izraelu

Blisko trzy lata temu oczy całego świata i wszystkie kamery telewizyjne skierowane były na rejon Morza Śródziemnego. Lato 2015 r. upływało pod znakiem gorącego kryzysu migracyjnego. Obecnie można odnieść wrażenie, że temat stał się mniej medialny, co nie oznacza że zniknął. A jak wyzwanie to wygląda z perspektywy państwa żydowskiego?

W Izraelu mieszka obecnie ok. 35 – 38 tys. uchodźców stanowiących ok. 1% społeczeństwa. Zatrudnieni są w sklepach, hotelach, lokalach gastronomicznych, usługach. Przybywają głównie z rządzonych przez reżimy polityczne Erytrei i Sudanu, bywają także zarobkowi migranci z Etiopii, Konga, Liberii i Ghany. Wielu z nich odnalazło tam dla siebie szansę na inne życie.

Ich indywidualne historie świetnie opowiada poświęcony im reportaż zamieszczony na łamach Jerusalem Post. Ich obecność w Izraelu nie jest zjawiskiem nowym i społeczeństwo jest do niej przyzwyczajone, temat stał się głośny nie tak dawno.

Politycy mówią: „Nie”

Uchodźców z Afryki nie należy mylić z uchodźcami żydowskimi sprowadzonymi do Izraela z Etiopii w latach 80. w ramach „Operacji Mojżesz” i „Operacji Salomon” z powodu klęski głodu. Wówczas motywacją rządu i wojska była chęć ochrony diaspory żydowskiej i sprowadzenie ich do ojczyzny. Obecni imigranci to w większości chrześcijanie i muzułmanie, a więc doczekali się od strony rządu nieprzyjaznego określenia „infiltratorzy”. Wypowiedzi polityków zdecydowanie nie są przychylne – Gilad Erdan z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego nazwał ośrodek Holot  „hotelem dla infiltratorów utrzymywanym na koszt podatnika”, a minister sprawiedliwości Ayelet Shaked stwierdziła że „państwo Izrael nie będzie rozwiązaniem dla wszystkich bolączek Afryki”. Kwestia imigracji jest wrażliwa – do dziś w pamięci Izraelczyków żywe są obrazy uciekinierów przed nazistowskim ustawodawstwem, obozów internowania i zawracanych z powrotem do pogrążającej się w chaosie Europy statków pasażerskich. Trudności z absorpcją imigrantów żydowskich okazały się znacznie większe niż przypuszczano, stąd ostrożność Izraela w tym zakresie.

W listopadzie 2017 r. rząd podjął decyzję o likwidacji ośrodka dla migrantów Holot na Pustyni Negew, gdzie oczekują oni na decyzję o odesłaniu bądź przyznaniu statusu uchodźcy. Przed azylantami postawiono wybór – dobrowolny powrót do kraju pochodzenia w ciągu trzech miesięcy albo przymusową deportację lub więzienie. Polityka ta wywołała sprzeciw ONZ. Wiele osób pozostaje w stanie zawieszenia, co pewien czas zmuszeni są do odnawiania wiz i w każdej chwili mogą zostać wydaleni. Policja regularnie dokonuje kontroli, wymaga np. dowodów zakupu przedmiotów. Pojawiły się też spekulacje o zaoferowaniu pomocy wojskowej krajom w zamian za przyjęcie uciekinierów z powrotem z gwarancją że nie będą prześladowani z żadnych powodów. Przeciwko deportacji protestowało regularnie wielu obywateli Izraela. Odwoływali się do historii państwa i szczególnej wrażliwości na los uchodzących z powodu wojny, w jaką zaopatrzeni powinni być Izraelczycy. Tymczasem wokół państwa powstają kolejne mury – ukończono ten przy granicy z Egiptem, mówi się o graniczącym z Jordanią.

Spłacanie długu?

Państwom zrzeszonym w Unii Europejskiej, które odmawiają przyjmowania ustalonej liczby osób zarzuca się brak poczucia solidarności i odpowiedzialności oraz grozi sankcjami, czego wyraźnym przykładem są Polska, Węgry i Czechy. Prowadzi to do kolejnych konfliktów we wnętrzu wspólnoty. Stałym argumentem Izraela przeciwko przyjmowaniu uchodźców jest obawa o naruszenie struktury demograficznej na niekorzyść Żydów (pojawia się on również w debacie na temat prawa do powrotu dla uchodźców palestyńskich z 1948 r. i ich rodzin). Utrzymuje się także strach przed kolejnymi zamachami terrorystycznymi, także o podłożu ideologicznym. Niewątpliwie zaangażowanie Izraela odciąża znacznie inne kraje przyjmujące uchodźców bądź deklarujących taką wolę. Jest to powiązane z sytuacją innych krajów które jako pierwsze znalazły się na uchodźczym szlaku – Turcji, Grecji, Włoch, Cypru – które dzięki temu, że musiały stawić czoła „problemowi”, mogły wyegzekwować od UE więcej pieniędzy na tymczasowe utrzymanie (szczególny jest przypadek Turcji dyktującej swoje warunki i zmierzającej w kierunku odwrotnym do demokracji). Kolejny fakt niemożliwy do pominięcia – to właśnie państwa arabskie przyjęły największą liczbę ludzi z terenów ogarniętych wojną (wyjąwszy kraje Zatoki Perskiej). Większość uchodźców i tak pozostaje zatem na Bliskim Wschodzie. Temat uchodźców jest złożony i trudny, także Izraela nie mógł on ominąć – w końcu tuż za jego granicą toczy się wyniszczająca wojna, która spowodowała kryzys.

Izrael to część bliskowschodniego świata i chcąc nie chcąc, żyje jego problemami. Jest to dla niego okazja do zastanowienia się nad własną historią, zdefiniowanie pojęcia „uchodźca” i rozpatrzenie możliwości rozwiązania problemu. Nadrzędne pozostaje też problematyczne i prowokujące do dyskusji pytanie. Czy bez masowej imigracji – która dla wielu osób nie była kwestią wyboru, ale koniecznością podyktowaną ekstremalnymi warunkami – możliwe byłoby jego istnienie?

PODZIEL SIĘ
Studentka studiów bliskowschodnich, moduł Izrael w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ. Zaangażowana w działalność Bliskowschodniego Koła Naukowego UJ i Stowarzyszenia Dni Izraela w Krakowie. Zainteresowania - polityka, kultura i społeczeństwo Izraela i jego relacje z innymi państwami, język hebrajski, konflikt izraelsko - palestyński, media na Bliskim Wschodzie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here