Odejście marionetki doskonałej. Rezygnacja prezydenta Birmy

613

Htin Kyaw jako prezydent Birmy świetnie spełniał wyznaczone mu zadanie „paprotki”. Był „marionetką doskonałą”. Lojalny wobec Aung San Suu Kyi. Akceptowany przez armię. Szanowany przez społeczeństwo. Z tylko jedną wadą: okazał się być ciężko chory.

W środę 21 marca 2018 Prezydent Birmy Htin Kyaw nieoczekiwanie zrezygnował z pełnienia swego urzędu. Było to tym bardziej zaskakujące, iż za kilka dni obchodziłby drugą rocznicę prezydentury. A jednak nie będzie uroczystości. I to nie tylko dlatego, że rządząca Narodowa Liga na rzecz Demokracji nie mając wielkich sukcesów, nie ma czego świętować.

To akurat nie wina Htin Kyaw. Ten elegancki, starszy pan dobrze spełniał wyznaczoną mu rolę „paprotki”. Suu Kyi powiedziała, że będzie „nad nim”. I słowa dotrzymała, tworząc dla siebie stanowisko „doradczyni państwa”, czyli de facto naczelniczki Birmy. W tym systemie Htin Kyaw przypadła rola statysty. Doskonale się do niej nadawał. Ongiś poeta i ekonomista, wieloletni opozycjonista i doradca Suu Kyi jako prezydent był kwintesencją klasy. Miał dobrą prezencję. Był skromny. Odwiedzał pagody. Dawał datki. Mówił o pokoju, pojednaniu i wybaczeniu. Z nikim się nie kłócił ani nikogo nie krytykował.

Politycznie się nie liczył, ale też nie próbował. To uspokajało sytuację: Birma ma wystarczająco dużo problemów by jeszcze fundować sobie mini „wojnę na górze”. Za swoją postawę Htin Kyaw został doceniony. Społeczeństwo go szanowało, podobnie jak – co znacznie ważniejsze – armia. Htin Kyaw mimo dekad w opozycji nigdy nie został aresztowany. Jako prezydent był więc dla wojska akceptowalnym kompromisem. Suu Kyi mogła sobie gratulować. Wybrała świetnego człowieka na to stanowisko. Nie przewidziała tylko jednego: że stan jego zdrowia się tak pogorszy.

Trudno powiedzieć, czy rak jelita grubego (lub według innej plotki – żołądka) rozwinąłby się u niego i tak. Czy też – jak sugerują birmańscy dziennikarze – polityka miała wpływ na rozwój choroby, wyniszczając go psychicznie. Trudna sytuacja międzynarodowa zewsząd krytykowanej Birmy na pewno mu nie pomogła. W końcu trochę głupio być prezydentem kraju, w którym doszło do zbrodni przeciw ludzkości (a może nawet ludobójstwa). Szczególnie jak się jest eleganckim, kulturalnym, starszym panem.

Plotki o zdrowiu Htin Kyaw zaczęły krążyć pod koniec zeszłego roku. Gdy we wrześniu Htin Kyaw leczył się w Bangkoku, mało kto zwrócił uwagę na jego nieobecność. Operacja wojska przeciw Rohingya przykuła uwagę świata, czemu trudno się dziwić. Wszak niecodziennie zdarza się wygnanie z kraju pół miliona ludzi (obecnie już 700 tys.). Podobnie przeoczono stan zdrowia prezydenta w trakcie wizyty papieża Franciszka. Htin Kyaw ledwo szedł i musiał być podtrzymywany, ale obserwatorzy skupiali się na tym, czy Franciszek wypowie słowo Rohingya. A nie na tym jak wygląda prezydent-marionetka.

Dopiero pod koniec roku dziennikarze zauważyli, że 71-letni prezydent wygląda słabo. Skojarzyli fakty. W każdej z wizyt zagranicznych Htin Kyaw (Tajlandia, Singapur, Japonia) odwiedzał kliniki. A potem przestał pojawiać się publicznie. Wtedy właśnie zaczęły się spekulacje, czy Htin Kyaw dotrwa do końca kadencji. Odezwała się nawet Suu Kyi, ucinając te plotki w swoim niepowtarzalnym stylu („nie ma się o co martwić, przy Htin Kyaw jest jego żona”). Niestety, tą wypowiedzią Suu Kyi potwierdziła nieśmiertelną maksymę księcia Gorczakowa: „wierzyć należy tylko w zdementowane oświadczenia”.

W Birmie, kraju starej prawdy „plotka jest córką tajemnicy” już szeptano, że jego rzeczy zostały wyniesione z rezydencji prezydenckiej. A jednak nie spodziewano się, że zrezygnuje już teraz. Informacja o jego odejściu uderzyła jako przysłowiowy grom z jasnego nieba. Wzbudzając falę domysłów i spekulacji.

Zwrócono uwagę na znamienny szczegół. W momencie rezygnacji Htin Kyaw obowiązki prezydenta przejmuje pierwszy wiceprezydent, Myint Swe. Były generał, i to z frakcji twardogłowej. Rozsławiony aresztowaniem dwóch potężnych ludzi: byłego dyktatora, gen. Ne Wina (w 2002 r.) oraz jego protegowanego, gen. Khin Nyunta, b. szefa wywiadu i premiera (w 2004 r.). A przed wszystkim (nie)sławnego z powodu stłumienia tzw. Szafranowej Rewolucji, czyli protestów mnichów w 2007 r. Myint Swe nie wydawał rozkazów zza biurka, lecz osobiście dowodził oddziałami rozpędzającymi protestujących. Ma więc najpewniej na rękach krew przynajmniej kilkunastu (a pewnie znacznie więcej) zabitych. Przez najbliższe siedem dni roboczych prezydentem Birmy będzie więc człowiek będący – prawdopodobnie – zbrodniarzem.

Politycznie rzecz ujmując to jednak szczegół. Nie należy przeceniać faktu tymczasowej prezydencji Myint Swe. Konstytucja nakazuje wybór nowego prezydenta w ciągu tygodnia. I wyłącznie gdyby okazało się to niemożliwe można by spekulować o „niewidzialnej ręce armii”. Suu Kyi była przygotowana na to, co nastąpi. W ten sam dzień, w którym ogłoszono odejście Htin Kyaw rezygnację złożył też Win Myint. To obecny marszałek niższej izby Hluttaw (parlamentu). A przede wszystkim inny lojalista Suu Kyi, będący jej współpracownikiem od prawie trzech dekad. To on prawdopodobnie zostanie nowym prezydentem.

Nim się to stanie, armia stoi i patrzy. Obserwuje, w jaki sposób Suu Kyi przeprowadzi operację pt. następstwo. Bez względu na to, kto zostanie prezydentem jedno jest pewne. Tak doskonałej marionetki jak Htin Kyaw Suu Kyi nie znajdzie.

PODZIEL SIĘ
mm
dr nauk społecznych UJ, adiunkt w IBiDW UJ, autor czterech książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych: "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" i "Pani Birmy.Biografia polityczna Aung San Suu Kyi".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here