Jak poruszać się po Mongolii? Pierwsze wrażenia z krainy błękitnego nieba

910

Kraina potomków Czyngis Chana mogłaby aspirować do roli supermocarstwa, a jest ostatnim krajem świata, którego tak znaczna część populacji prowadzi koczowniczy tryb życia. To kraj pod wieloma względami unikatowy – piwo nazywa się kumysem, w stołecznych korkach spotkać można konnych jeźdźców, a w odizolowanej od świata jurcie znaleźć można puszkę po pasztecie prochowickim. Mongolia zniewala pierwotnym pięknem natury, prostotą życia mieszkańców i dziedzictwem minionej potęgi. Zapraszam Was do krótkiej podróży po kraju, który zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Chciałbym odkryć przed Wami piękno tego miejsca i zachęcić Was do wzięcia pod uwagę Krainy Błękitnego Nieba w planowaniu wyjazdów. A więc zaczynamy!

Polskie akcenty

Co nas zaskoczyło w Mongolii? Przede wszystkim duża ilość polskich akcentów, co najdobitniej można było dostrzec w pierwszym lepszym „sklepiku osiedlowym”. Na półkach legendarne soczki Kubuś, polskie ogórki konserwowe, batony Grzesiek czy kultowe draże Korsarz. Nigdy nie sądziłem, że 7 tysięcy kilometrów od domu kupię konserwę tyrolską czy polski dżem truskawkowy. Penetrowanie sklepowych półek w poszukiwaniu kolejnych polskich nazw stało się naszą obsesją i jednym z ulubionym zajęć całej wyprawy.

Warto pamiętać, że Mongolia mimo że nie jest obecnie znaczącym partnerem handlowym Polski to w czasach istnienia Związku Radzieckiego nasze dwustronne relacje gospodarcze były bardziej zażyłe. Potwierdzają to polskie produkty w sklepach, ale także napotkani przez nas Mongołowie, którzy pracowali „za komuny” w Polsce, robiąc interesy czy to na bazarach w Warszawie czy w Poznaniu. Do dość niecodziennego zdarzenia doszło w trakcie naszego podróżowania po pustyni Gobi, w jednej z lokalnych „restauracji” spotkaliśmy Mongoła, który mówił po polsku (pracował niegdyś w Warszawie) i prosił, abyśmy byli jego tłumaczami w pertraktacjach finansowych z turystami z Węgier. Cała sytuacja musiała wyglądać co najmniej groteskowo.

Autostop?

Planując wyprawę do Mongolii należy pamiętać, że wielkość terytorialna tego kraju wynosi 1 566 000 km², a brak rozwiniętej infrastruktury drogowej oznacza, że państwo to nie jest miejscem łatwym do przemieszczania się. Największym problemem w Mongolii są duże odległości, które wymuszają na przyjezdnym perfekcyjną optymalizację czasu. Aby uzmysłowić sobie lepiej wielkość Mongolii, warto przyjrzeć się długości granic z sąsiednimi państwami – z Chinami to łącznie 4677 km, a z Rosją 3485 km. To główny powód, dla którego turyści przyjeżdżają do tego kraju np. na miesiąc lub wracają kilka razy, aby na spokojnie zobaczyć wszystkie planowane punkty wyprawy. Nieziemskich miejsc jest tak dużo, że niemożliwym jest zobaczenie wszystkich bez wzięcia min. półrocznego urlopu.

Poruszanie się po Mongolii jest dość specyficzne. Z uwagi na słabe zagęszczenie ludności, brak miast, a także zmienne ukształtowanie terenu, większość ruchu odbywa się na kilku-kilkunastu drogach asfaltowych. Nie jest przesadą stwierdzenie, że Mongolia to kraj miliona dróg, tak faktycznie jest, problem jednak w tym, że są to drogie szutrowe, po których sprawnie poruszać się są w stanie jedynie tubylcy. Jak więc sprawnie poruszać się po tym kraju? Jest kilka opcji, a jedną z nich jest – preferowany i testowany przez nas – autostop. Mimo iż Mongołowie nie rozumieją opcji „podróżowania za darmo” i uważają tę technikę za nieprzyzwoitą, to i tak bardzo łatwo złapać okazję. Ruch uliczny na odcinkach łączących większe miasta jest bardzo skromny, ale prawdopodobieństwo zatrzymania się samochodu duże. W ten sposób pokonaliśmy w Mongolii ponad tysiąc kilometrów. Mongołowie oczekują zapłaty za przejazd, nie mieści im się bowiem w głowie, że można przewieźć nieznajomego przybysza za darmo.

Jak smakuje kumys?

Nasze autostopowanie w Mongolii, mimo istniejących barier kulturowych okazało się doświadczeniem wielce ciekawym i dającym, jak wszędzie indziej na świecie, możliwość bezpośredniej konfrontacji z kulturą miejscowych. Nieodłącznym elementem podróżowania z Mongołami okazała się konsumpcja kumysu, czyli sfermentowanego końskiego mleka.

Jak smakuje kumys? Specyficznie…trochę jak kefir, trochę jak zsiadłe mleko. Toast zaliczyliśmy głównie z szacunku do mieszkańców, dla których kumys jest tradycyjnym napojem podobnie jak dla ludów koczowniczych z Kazachstanu czy Kirgistanu. Jak czytamy w Internecie „głównym składnikiem jest mleko klaczy, czasem jednak przyrządza się go z mleka jaka, oślego, wielbłądziego, owczego, lub krowiego”.

Samochodem przez Mongolię

Transport publiczny w Mongolii nie należy do dobrze rozwiniętych. Poza Ułan Bator, ciężko mówić o jakimkolwiek poruszaniu się tym środkiem lokomocji. Można skorzystać z dalekobieżnych autobusów np. na linii Ułan Bator – Dalandzangad (10-12 godzin jazdy), ale komfort jazdy jest średni. Dodatkowo nie ma możliwości zatrzymania się „na żądanie” i zrobienia zdjęć pięknych krajobrazów, a czas przejazdu jest długi.

Lepszym, ale i nieporównywalnie droższym rozwiązaniem jest wypożyczenie samochodu. My wypożyczaliśmy w Dalandzangad, ale od razu z kierowcą. Odradzono nam bowiem eksplorowanie pustyni Gobi na własną rękę z uwagi na brak znajomości topografii terenu i zdradliwe odległości.

Nie oznacza to jednak, że wynajęcie samochodu bez kierowcy jest niemożliwe. Spotkaliśmy na miejscu turystów, którzy przyjechali do kraju własnymi samochodami lub wypożyczyli je na miejscu. Trzeba jednak zaznaczyć, że wyglądali na starannie przygotowanych i wyposażonych w niezbędny ekwipunek w postaci szczegółowych map i zapasowych części samochodowych.

Gdzie spać i co jeść w Mongolii? O tym w następnym wpisie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here