Nie jestem aligatorem. Odpowiedź doktorowi Sykulskiemu (i innym)

4906

Przez polskie media przetacza się debata o statusie geopolityki. Poniżej prezentujemy głos jednego z protagonistów, redaktora naszego portalu, doktora Michała Lubiny. 

Szanowny Panie Doktorze!

W swojej polemice z moim artykułem z Nowej Konfederacji rozczarował Pan, i to na kilku poziomach. Po pierwsze – styl. Spodziewałem się czegoś bardziej porywającego. Tymczasem mamy tutaj autocytowania, i to długie. To, że kogoś – w tym siebie – Pan zacytuje, to jeszcze nie znaczy, że ma Pan rację. Że Pan kogoś przekona.

Dalej: to, że napisze Pan, że geopolityka jest naukowa, to jeszcze nie znaczy, że jest. A ja napiszę, że nie jest. I co? I będzie jak w skeczu Monty Pythona: ja mówię tak, a Pan nie, a po 2 minutach nasz czas się kończy. To żadna dyskusja. Trzeba uargumentować, że jest. Umiejętniej niż podparciem się kilkoma wielkimi nazwiskami i zdaniem, że „na całym świecie dziesiątki tysięcy badaczy” itp. Ja też tak potrafię: a setki tysięcy nie uznaje jej za naukę. Jeden rabin mówi tak, a inny inaczej.

Geopolityka nie jest uznana za naukę, przynajmniej w Polsce. Ale ok, może kiedyś będzie. Wiem, że dzielnie walczy Pan by tak się stało. Ale tak się jeszcze nie stało i powtarzanie w kółko, w każdym artykule i każdej polemice, że jest nauką jeszcze nauką jej nie czyni. Ja na przykład od 8 lat walczę o to, by utrzymać w polszczyźnie nazwę Birma (zamiast Mjanmy) i w każdym artykule używam Birmy. Ale co z tego – przegrywam i przegram, bo większość używa już Mjanmy. Taka jest rzeczywistość. Z Panem podobnie: zdecydowana większość środowiska akademickiego nie uznaje geopolityki za naukę, choćby Pan sto razy powtórzył, że jednak jest.

Dalej: komentarz, że czegoś nie wiem (o Mackinderze – tak, nie wiem o nim wielu rzeczy!), po czym zdanie, że ukaże się książka, gdzie to będzie wyjaśnione. Co to argument? Tu i teraz piszemy, a nie używamy erystyki rodem z przedszkola. Zresztą stosuje ją Pan to dość często, odsyłając mnie do książki Jacka Bartosiaka (o Jacku – patrz niżej). Akurat w „Pacyfiku i Eurazji” jest dużo determinizmu, na przykład przy opisie Rosji (rozdział pierwszy, strony nie podam z przyczyn wymienionych niżej). Co nie zmienia mojego dobrego zdania o tej książce.

Wycieczka pod adresem UJ i UW poniżej poziomu, szczególnie jeśli samemu reprezentuje się dużo słabszy ośrodek akademicki. Zostawmy jednak tę wycieczkę. Dla mnie punktem odniesienia są Oksford i Cambridge w których bywam regularnie i tam jakbym wyskoczył z geopolityką, to by patrzyli na mnie jak na tryglodytę.

Najbardziej rozczarowujący fragment Pana odpowiedzi to ten o ataku na geopolitykę. Tym samym potwierdził Pan (a inni nawet bardziej) wspomniany przeze mnie w artykule grzech celowości. Wszystko jest ukartowane! Zaplanowane! Antygeopolityczny spisek! A ja jestem jego częścią (rozumiem, że przez to, że akurat przebywam teraz jako profesor wizytujący w Bangkoku to jestem „tajskim łącznikiem”?).

Abstrahując od tego, że sam sobie Pan przeczy (skoro geopolityka jest niszowa, to po co by ją atakować?), to ja tu nie widzę żadnego spisku. Raczej wielu ludzi nagle powiedziało „dość” temu beztroskiemu teoretyzowaniu geopolityków. Ale to domniemanie: mogę mówić tylko za siebie. Rozczarowanie geopolityką narastało we mnie od jakiegoś roku. Od marca chciałem napisać ten tekst (Bartek Radziejewski potwierdzi, zresztą zrugał mnie – słusznie – że „kisiłem to tak długo”). Jak go wreszcie napisałem, jak już w końcu dostałem poprawki znajomych i miał iść do listopadowej NK, to wybuchła antygeopolityczna debata. Dołączyłem się, bo publikowanie mojego za miesiąc nie miałoby sensu (mój kolejny tekst – o braku „pułapki Tukidydesa” – też miał iść później, ale chyba pójdzie szybciej z ww. względów).

Mój artykuł, oczywiście, ma słabe punkty. Jest celowo przerysowany i jest publicystyczny, co wyraźnie na początku zaznaczyłem. Pod jego adresem w dyskusjach na TT i FB padło kilka mądrych zarzutów (i wiele mniej mądrych), z których „walka z chochołem” jest najważniejsza. Gdy pisałem ten artykuł miesiąc temu zastosowałem ten manewr by nie walczyć z ludźmi a z ideami. Nie chciałem personalizacji. Gdybym dał cytaty do tekstów, to byłby zarzut, że to personalne i wyrwane z kontekstu. Ale – przyznaję – być może zrobiłem błąd. Lecz było już za późno. „Geografia zwyciężyła”: będąc w Bangkoku nie miałem już swojej półki z książkami, skąd czerpałem cytaty. W tym momencie mogłem albo publikować już albo czekać ponad miesiąc, gdy ten tekst byłby „musztardą po obiedzie”.

Drugi ważny zarzut to ten o postmodernizm. Tak, użyłem postmodernizmu, bo geopolityka nie przepracowała krytyki postmodernistycznej (w Pana artykułach do których dotarłem wspomina Pan Ó Tuathaila, ale bez podania stron i bez odniesienia się dokładnego do tej krytyki). Ale użycie postmodernizmu było z mojej strony taktyczne. Użyłem postmodernizmu przeciw geopolityce, następnym razem użyję marksizmu przeciw liberalizmowi, a potem liberalizmu przeciw konserwatyzmowi. Albo odwrotnie. To tylko ideologie. Każda ma jakieś swoje mocne i słabe strony. Za żadną jednak nie należy umierać (dosłownie i w przenośni), bo – parafrazując Bertranda Russela –  mogło się nie mieć racji.

Wracając do Pana. Najsmutniejszy fragment Pana wypowiedzi (i nie tylko Pana) dotyczy jednak Jacka Bartosiaka. Uważam tłumaczenie się w tej kwestii za absurdalne – nie jestem aligatorem! – ale padł zarzut publicznie, to odpowiem raz a porządnie. Nie, nie zazdroszczę mu sprzedanych książek (super, dzięki temu jest ta dyskusja!) a już tym bardziej tej funkcji, podobnie jak ongiś nie zazdrościłem Radkowi Pyfflowi (w radio mnie kiedyś o to spytano i odparłem, że mu nie zazdroszczę, bo się na bankowości nie znam, co wywołało jakąś dziwną wesołość). No bo się nie znam. Na lotniskach też się nie znam. Ani na zarządzaniu wielkimi biznesami. Po cóż miałbym zazdrościć funkcji w sferach na których ani się nie znam ani nie interesuję ani nawet nie lubię. To absurd.  Jacek przyjmując tę funkcję zachował się jak kamikadze, co dowodzi jego dogłębnego romantyzmu (ubranego w realistyczne decorum, takiego romantyzmu a la Wokulski). Ale to nie ma nic wspólnego ze mną i moimi relacjami z Jackiem. Gdybyśmy mieli jakieś problemy personalne z Jackiem, to nie podpisywałby mi książki per „przyjacielowi”, nie nocowałby mnie od czasu do czasu w Warszawie i nie przyjechałby na mój ślub. Tak więc panowie przenikliwi geopolitycy (i psychologowie) – pudło! Moja krytyka jest krytyką geopolityki, a nie Jacka. Idei, a nie człowieka. Mogłem Jackowi napisać recenzję taką jak ongiś Muszyńskiemu – i jakie byłoby publicity! – tymczasem napisałem mu dobrą. Generalnie po 2 latach pozytywne zdanie o książce podtrzymuję, choć stałem się krytyczny odnośnie geopolityki. Ale – co z tego? Możemy się przecież „pięknie różnić”. Tak więc nie walczę z Jackiem, tylko z geopolitycznym Frankensteinem, którego (współ)stworzył. I bynajmniej nie mam poczucia, że mu szkodzę. Wręcz przeciwnie: szum książce raczej robi dobrą reklamę.

Na sam koniec jeszcze jedno. Oskarżają Pana o agenturalność, czego po ludzku współczuję. Ale jednocześnie Pan stosuje tę samą logikę, co Pana adwersarze, pisząc o antygeopolitycznych spiskach, atakach i sugerując zazdrość i zawiść jako ich powód (jakieś dowody?). I to jest w Pana polemice najbardziej rozczarowujące.

Z niezmiennymi wyrazami głębokiego szacunku
Michał Lubina

PODZIEL SIĘ
mm
dr nauk społecznych UJ, adiunkt w IBiDW UJ, autor czterech książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych: "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" i "Pani Birmy.Biografia polityczna Aung San Suu Kyi".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here