Czy geopolitycy są troglodytami, czyli geopolityka jak gender

2117

Dyskusja geopolityczna wrze. Zaś wyrwane z kontekstu moje porównanie geopolityki do troglodytów stało się orężem moich przeciwników ideowych. Przez ostatnie dni byłem nim bombardowany na Twitterze i Facebooku. Ponieważ uważam, że FB i TT służą do samochwalstwa, lajkowania i udostępniania ciekawych treści, ale na pewno nie do poważnych dyskusji, odpowiem tu. Trzeba wszak dać odpór. No i się pokajać.

Geopolityka jak gender

Od razu deklaruję: moje porównanie do troglodytów było uprawnione i było faulem jednocześnie.

Było uprawnione gdyż:

Po pierwsze, to, że coś się wykłada i bada na uniwersytetach to jeszcze automatycznie nie znaczy, że jest to nauka. Skoro bada się komunizm czy faszyzm, to można i geopolitykę. Geopolityka jest zjawiskiem społecznym i jako takie musi być badane. Odnośnie kwestii czy geopolityka jest nauką czy ideologią, to uznaję, że Łukasz Fyderek „zgasił światło” swoim błyskotliwym podsumowaniem („Geopolemika”), więc do niego odsyłam.

Po drugie, jak w jednym z komentarzy napisał Adam Bartnicki, „skoro są gender studies na Zachodzie, to może być i geopolityka”. To polemiczne sformułowanie jest błyskotliwe i bardzo trafne. Rozwinę je więc. Tak jak gender, geopolityka może być uprawiana jako nauka. Podobnie jak z gender studies, w Polsce są badacze starający się badać geopolitykę w sposób naukowy (w Polsce jest to bez wątpienia dr Sykulski, ale także np. prof.  Jakub Potulski czy dr hab. Aleksander Głogowski). Ale jednocześnie, podobnie jak z gender, geopolityka jest  nierzadko ideologią służącą zmienianiu świata. Oczywiście, poglądy polityczne głoszących gender i geopolitykę są zasadniczo odmienne, ale niemałą liczbę orędowników jednego i drugiego podejścia łączy jedno: ideowy żar.

Geopolitycy jak ambasador radziecki

Po trzecie, jestem przedstawicielem area studies, terminu tłumaczonego na polski zazwyczaj jako studia regionalne (to u nas wciąż rzadkość, a mój instytut jest jednym z niewielu w kraju prowadzącym tego typu studia). W skrócie chodzi w nim o badanie danego kraju lub regionu interdyscyplinarnie. Uczenia kultury, języka, polityki. I tu – po doświadczeniu kilku dobrych lat regularnego jeżdżenia na międzynarodowe konferencje  – mogę z pełną odpowiedzialnością powtórzyć, że geopolitycy są traktowani jak troglodyci (to właśnie na Cambridge usłyszałem zdanie, że geopolitycy mylą geopolitykę z polityką międzynarodową na przykład). Bierze się to zazwyczaj stąd, że w area studies trzeba dobrze znać dany kraj/region: mówić w jego języku/ach, mieszkać na miejscu, czuć kulturę, bądź choć mieć świadomość, że trzeba ten wysiłek podjąć. Tymczasem geopolitycy zazwyczaj nie znają języków poza angielskim, teoretyzują na podstawie własnych imaginacji i redukują złożoną rzeczywistość (vide: opisane przeze mnie w „Przeciw geopolityce” grzechy). To w naturalny sposób irytuje specjalistów od area studies. Nie dalej jak miesiąc temu byłem na konferencji ASEASUK (Brytyjskiego Stowarzyszenia Studiów nad Azją Południowo-Wschodnią), podczas której tradycyjnie były świetne, pogłębione referaty o krajach regionu. Ale przyplątał się też jeden geopolityk węgierski, który uraczył audytorium prezentacją o nadchodzącej wojnie amerykańsko-chińskiej (podstawą teoretyczną była „pułapka Tukidydesa”). Było to tak dramatycznie słabe, że w kuluarach jeden znany profesor zapytał mnie z typową brytyjską szpilą, czy w Europie Wschodniej więcej badaczy tak patrzy na Azję. Myślałem, że zapadnę się pod ziemię.

Więc tak, w area studies geopolitycy są zazwyczaj traktowani jak troglodyci. Nawet jeśli czasem powiedzą/napiszą coś trafnego, to jest to zazwyczaj uznawane za pozbawione taktu, klasy. To trochę tak jak w tym starym peerelowskim dowcipie o przyjęciu królowej brytyjskiej dla korpusu dyplomatycznego (z góry przepraszam za słownictwo – excusez le mot – bez niego się nie da oddać sensu).

Królowa wydała obiad, ale niestety w pewnym momencie puściła bąka. Konsternację przerywa ambasador francuski. Wstaje i mówi: „najmocniej przepraszam, nasz kucharz tym razem zawalił sprawę”. Królowa posyła mu wspaniały uśmiech. Lecz po chwili sytuacja się powtarza. Tym razem królową ratuje ambasador włoski, przepraszając wszystkich w swoim imieniu. Królowa ponownie wysyła mu jeden ze swoich najlepszych uśmiechów. Niestety, za jakiś czas zdarza się to królowej ponownie. Wtedy wstaje ambasador radziecki i uroczystym tonem oświadcza: „Ambasada ZSRR bierze na siebie trzecie pierdnięcie królowej!”

Geopolitycy – mniejsza sprawiedliwie czy nie – są więc w area studies traktowani jak ten ambasador radziecki.

Zresztą takie międzykierunkowe złośliwości nie są w nauce niczym dziwnym. Dla antropologów politolog jest synonimem barbarzyńcy. Dla socjologa ilościowego jakościowiec jest niemal publicystą. A dla badaczy nauk ścisłych humaniści to w ogóle nie naukowcy. My się po prostu w akademii wzajemnie bardzo kochamy. Nie jest to może idealna sytuacja, ale ma też swoje plusy. Zmusza bowiem do dyscypliny. Jak na przykład idąc na konferencję antropologiczną wiem, że muszę być dobrze przygotowany, bo inaczej dostanę po głowie już na wejściu.

Stąd też drodzy geopolitycy wybaczcie, ale ja –  absolwent polskiego odpowiednika Russian studies – jak czytam geopolityczne teoretyzowanie o Rosji na podstawie amerykańskich raportów, to mi się przypomina rosyjski dowcip z czasów zimnej wojny. Amerykanie wyszkolili swojego najlepszego szpiega i wysłali go na Syberię. Płynnie znał rosyjski. Ba! Nawet Puszkina i Lermontowa deklamował. Niestety, od razu wpadł. Przesłuchiwany, pyta jak go zdemaskowali. „To proste – odpowiadają – u nas nie ma Murzynów”.

Faul, faule

To powiedziawszy, moje porównanie do troglodytów było oczywiście chwytem erystycznym, czyli mówiąc po ludzku: faulem. Jego nieuczciwość polegała na przeniesieniu logiki area studies wobec geopolityków na całą akademię, czyli uznaniem części za całość, co jest właśnie jednym z chwytów wymienionych przez Schopenhauera. Zasłużyłem więc na żółtą kartkę.

Nie usprawiedliwia mnie to, że zostałem sprowokowany przez dra Sykulskiego, który „wszedł nakładką”, zrównując mnie z tymi krytykami, którzy zaatakowali ad personam i imputując mi zawiść oraz spiskowanie. Sykulski tym zagraniem zasłużył na czerwoną kartkę, ale nie ja jestem sędzią: jako zawodnik w tych igrzyskach mogę się tylko domagać VARu.

Nie tylko Sykulski i ja faulujemy. Robią to też osoby namiętnie wyśmiewające obecną dyskusję geopolityczną argumentami w stylu: na całym świecie uprawia się geopolitykę a u nas dyskusja nad jej sensem – cóż za polska zaściankowość! Niestety, ale jest to argument w stylu „amerykańscy naukowcy udowodnili”. Skoro nie przerobiliśmy dyskusji o geopolityce w Polsce wcześniej, to mamy ją teraz. Lepiej późno niż wcale. Samej geopolityce wyjdzie to tylko na zdrowie. Podejrzewam, że po moich tekstach wielu geopolityków „grzechów” opisanych przeze mnie w „Przeciw geopolityce” już nie popełni. A ja nie przyrównam już nikogo  do troglodytów. To jest dla wszystkich win-win.

Potrzebujemy dyskusji zarówno o geopolityce jak i o bieżących sprawach międzynarodowych (wystąpienie Pence’a, wojna handlowa itp.) Rozumiem, że komuś może się nie podobać, że dominuje dyskusja geopolityczna i że wolałby rozmawiać o wystąpieniu Pence’a, ale to demos decyduje. Ja też bym wolał spierać się o Birmę niż o geopolitykę, ale tak się składa, że to drugie interesuje znacznie więcej osób.

Faulami są również zarzuty wobec mnie odnośnie mojego tekstu o „pułapce Tukidydesa”. Rozumiem, że podważyłem dogmat wiary i to domaga się odporu. Ale wklejanie zmontowanego filmiku na którym sławni, tacy jak Kissinger, mówią o „pułapce” nie jest sposobem na odbicie tego zarzutu. To jest właśnie argument w stylu „amerykańscy naukowcy udowodnili”. Przypomnę, że przez pół wieku wierzono, że z kosmosu widać Wielki Mur Chiński i dopiero potem okazało się, że to bzdura wymyślona przez amerykańskiego twórcę komiksów z międzywojnia. To, czy pół świata mówi tak czy inaczej nie przesądza o prawdzie lub fałszu. Przypomnę Orwella: „występowanie samemu wbrew całemu światu nie znaczy, że ktoś jest nienormalny. Istnieje prawda i istnieje fałsz, lecz dopóki ktoś upiera się przy swojej prawdzie nawet wbrew całemu światu, nie jest nienormalny. Normalność nie jest kwestią statystyki”.

Realizmu trzeba, nie geopolityki

Wreszcie ostatnim faulem jest zrównywanie krytyków geopolityki do marzycieli, co to niby nie znają polityki i przez to wiodą Polskę ku przepaści. Nie wydaje mi się by Sławomir Dębski, Wojciech Jakóbik czy Piotr Maciążek nie rozumieli geopolityki. Raczej jest odwrotnie: odrzucają, bo znają. Nie mogę się jednak wypowiadać za innych: ja osobiście odrzucam geopolitykę z bardzo realistycznego powodu. Chociaż geopolityka jest ideową córką realizmu politycznego, to jest jego córką wyrodną, przynajmniej w polskich warunkach. Stała się bieda-realizmem albo quasi-realizmem, gdyż realizm zakłada mierzenie sił na zamiary, a w Polsce geopolityka stała się pożywką dla ciągot mocarstwowych i – tak! – romantycznego podejścia do świata polityki. Bo niczym innym jak romantyzmem jest zakładanie, że poprzez znajomość geopolityki uda się odpowiedzieć na wyzwania stojące przed Polską. Geopolitykę trzeba znać, acz być wobec niej krytycznym, bo nie jest ona magiczną formułą ratującą nas z trudnego, geopolitycznego – nomen omen – położenia. A właśnie jak magiczną różdżkę traktuje geopolitykę znaczna część jej wyznawców.

Tak więc drodzy geopolitycy: Sun Zi i Machiavelli są lepsi od Mackindera i Spykmana. Pod każdym względem.

PODZIEL SIĘ
mm
dr nauk społecznych UJ, adiunkt w IBiDW UJ, autor czterech książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych: "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" i "Pani Birmy.Biografia polityczna Aung San Suu Kyi".

1 KOMENTARZ

  1. Wywód za bardzo akademicki oderwany od praktyczności, na temat istoty młotka, czyli narzędzia. Obiektywnie jest neutralny, ale w rękach sprawnego rzemieślnika stworzy podziwiane arcydzieło podziwiane przez publiczność, zaś w rękach innego „specjalisty” może zadać ból i być przyczyną niewyszukanej śmierci człowieka. Z pewnością jest jednak skuteczny!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here