Organizacja walcząca o prawa „kobiet-pocieszycielek” oskarżona o korupcję

291

Historia kobiet eufemistycznie nazywanych „pocieszycielkami” uważana jest za jeden z najbardziej przemilczanych aspektów II Wojny Światowej. Według historyków, w latach 1932-1945, od 50 do 200 tysięcy kobiet zmuszono do niewolnictwa seksualnego w domach wojskowych, kiedy Półwysep Koreański znajdował się pod japońskim panowaniem kolonialnym. Chińskie źródła wskazują nawet na 400 tysięcy ofiar – pochodziły przede wszystkim z Korei i Chin ale także z Jawy, Filipin, Birmy, Wietnamu i Indonezji.

Niektóre kobiety były porywane, innym obiecywano możliwość pracy w szpitalach, fabrykach, zdobycia zawodu i wsparcia ubogich rodzin. Ostatecznie trafiały jednak do jednego ze 125 domów publicznych, w których były regularnie gwałcone przez żołnierzy armii cesarskiej. Czterdzieści osiem lat po zakończeniu II Wojny Światowej, w 1993 roku Globalny Trybunał ds. Naruszeń Praw Kobiet (Global Tribunal on Violations of Women’s Human Rights) wydał na forum ONZ opinię, według której około 90% z tych kobiet zmarło – niektóre jeszcze za czasów okupacji – z powodu infekcji przenoszonych drogą płciową, wyczerpania organizmu, powikłań po aborcjach; część z nich popełniła samobójstwo. Po wojnie wiele z nich zostało zabitych przez japońskie wojsko.

O kobietach zmuszanych do relacji seksualnych z tysiącami żołnierzy milczano aż do początku lat 90., kiedy pierwsze z nich odważyły się przemówić. Wtedy też zaczęły powstawać organizacje i fundacje działające na rzecz byłych „kobiet-pocieszycielek”, domagające się rozprawienia z przeszłością i zadośćuczynienia ze strony Japonii. W sumie 240 Koreanek z Południa zostało zarejestrowanych w rządzie jako byłe „comfort women”, jednak wiele kobiet nie zdecydowało się na upublicznienie swojej historii. Obecnie żyje osiemnaście ze wszystkich zarejestrowanych ofiar.

Lee Yong-soo zabiera głos

Koreańska Rada ds. Sprawiedliwości i Pamięci w sprawach wojskowego niewolnictwa seksualnego przez Japonię to grupa obywatelska na co dzień zajmująca się współpracą ofiarami przestępstw seksualnych japońskiego wojska w czasach II wojny światowej. W maju organizacja stała się obiektem kontrowersji, gdy Lee Yong-soo publicznie oskarżyła Radę o wykorzystywanie podopiecznych organizacji dla własnych korzyści i przywłaszczanie darowizn na rzecz ofiar niewolnictwa seksualnego przez niespełna trzydzieści lat działalności.

Instytucja do tej pory zajmowała się m.in. organizowaniem cotygodniowych wieców, podczas których  protestujący dopominają się przeprosin i rekompensaty dla poszkodowanych kobiet ze strony Japonii. Lee Yong-Soo, 92-latka, będąca jedną z osiemnastu żyjących ofiar, po oskarżeniu Rady ogłosiła, że nie będzie już uczestniczyć w wydarzeniach. Kobieta stwierdziła także, że powinno się całkowicie zmienić formę organizacji wieców, ponieważ ich obecna formuła się wyczerpała, a datki zbierane podczas wydarzeń są wydawane w nieprzejrzysty sposób. Kobieta uważa, że Rada przez lata wykorzystywała ją i inne kobiety, nakłaniając je do uczestnictwa w licznych wydarzeniach, nie zważając na ich wiek i zmęczenie.

Koreańska organizacja została dodatkowo oskarżona o naciskanie na ofiary, by nie przyjęły pieniędzy oferowanych przez rząd japoński w 2015 roku, gdy ówczesna prezydentka Korei, Park Gyeun-Hye, podpisała umowę mającą ostatecznie rozwiązać debatę na temat „pocieszycielek”, i uspokoić relacje Korei i Japonii. Porozumienie zostało nazwane ostatecznym i niepodważalnym przez obie strony. Japonia przeprosiła ofiary i przekazała kwotę w wysokości 1 mld jenów na rzecz kobiet.

Jednak niektóre z nich, w tym Lee Yong-Soo, w połączeniu z Radą Korei były przeciwne umowie, twierdząc, że o jej warunkach dowiedziały się w dzień podpisania i nie była z nimi wcześniej skonsultowana a ich żądania nie zostały w pełni spełnione.  Kobiety wezwały do unieważnienia umowy i rozwiązania fundacji, na rzecz której przekazano darowiznę. Odmówiły przyjęcia odszkodowania, a organizacja zebrała pieniądze od społeczeństwa by zapewnić każdej z nich 100 milionów wonów.

Według doniesień, organizacja nie tylko wpłynęła na decyzję kobiet ale także dowiedziała się o warunkach porozumienia na dzień przed podpisaniem dokumentu, nie informując o tym swoich podopiecznych.

Rada nie przyznaje się do winy

Zarzuty zostały odrzucone przez organizację, a zdaniem jej pracowników pieniądze przekazane na grupę zostały wydane na ofiary okupacji japońskiej. Według przedstawicieli Rady, „sposób wykorzystania darowizn jest weryfikowany przez regularne audyty finansowe i podawany do wiadomości publicznej w drodze formalnych procedur”.

Darowizny, płynące od dużych firm oraz prywatnych darczyńców, wydawane są m.in. na wsparcie finansowe osób mieszkających w ośrodkach należących do organizacji, w tym na finansowanie leczenia ofiar i ich codzienne potrzeby, walkę o przywrócenie praw człowieka kobietom i podnoszenie świadomości międzynarodowej na temat działań podjętych przez japońskie wojska podczas okupacji Korei, a także prowadzenie stypendiów i projektów badawczych. Finansowano także inne działania, w tym spory z japońskim rządem, wznoszenie na całym świecie pomników upamiętniających ofiary czy organizowanie wspomnianych cotygodniowych pikiet, odbywających się w każdą środę przed japońską ambasadą w Seulu, nieprzerwanie od 1992, czyli od założenia organizacji.

Według przedstawicieli organizacji, w latach 2017-2019 zebrano 2,2 miliarda koreańskich wonów, z czego 910 milionów (ok. 41%), zostało przeznaczone na wsparcie osiemnastu kobiet.

Pieniądze zbierane podczas środowych spotkań– średnio około 4,5 mln wonów – wydawane miały być jedynie na organizację wydarzeń. Tylko w 2019 roku, wydano około 110 milionów wonów na cotygodniowe zgromadzenia.

Grupa odrzuciła także oskarżenia, jakoby manipulowała swoimi podopiecznymi i posiadała informacje na temat porozumienia między rządami Korei Południowej i Japonii z wyprzedzeniem. Według przedstawicieli Rady, kobiety same podjęły decyzję o nieprzyjmowaniu zapomogi ze strony rządu japońskiego, a o umowie dowiedziały się z mediów, w dzień jej podpisania.

Oskarżenie 92-letniej kobiety zostało podane do informacji publicznej niedługo po tym, jak przewodnicząca Rady Koreańskiej, Yoon Mi-hyang została powołana na stanowisko w parlamencie przez rządzącą Partię Demokratyczną i zrezygnowała z kierowania Koreańską Radą ds. Sprawiedliwości i Pamięci.

Sama Yoon także nie przyznaje się do zarzutów. W poście na swojej oficjalnym profilu na Facebooku zaprzeczyła wszelkim informacjom i wyraziła swój żal w związku z zaistniałą sytuacją.

Lee Na-young, aktualnie zajmująca się prowadzeniem grupy, także wyraziła swoją skruchę względem niepokojów Lee Yong-soo oraz zrozumienie dla rozczarowania kobiety. Podkreśliła jednak, że Rada nie jest organizacją humanitarną, skupiającą swoje działania na pomocy ofiarom niewolnictwa seksualnego w prowadzeniu stabilnego życia. Jest to natomiast instytucja działająca na rzecz praw kobiet, która zajmuje się m.in. prowadzeniem ruchu walki o prawa kobiet znanych jako „former comfort women”. Urzędniczka podkreśliła, że darowizny dla ofiar nie są jedynymi operacjami finansowymi podejmowanymi przez grupę.

„Chciwa staruszka z demencją”

Słowa Lee Yong-soo wywołały duże zamieszanie w Korei Południowej, ściągając na kobietę falę krytyki ze strony zwolenników Yoon Mi-hyang.

Negatywne komentarze przepełnione wulgarnym językiem zaczęły pojawiać się w koreańskich mediach pod koniec maja, kiedy Yoon publicznie zasugerowała, że oskarżająca ją Lee kłamie na temat braku wsparcia finansowego dla ofiar niewolnictwa seksualnego.

Słowa byłej przewodniczącej Rady wywołały lawinę tysięcy komentarzy, określających 92-letnią kobietę „pacjentką z demencją”, „staruszką sparaliżowaną chciwością” a w bardziej dotkliwych przypadkach nawet „starą prostytutką”. W mediach społecznościowych zaczęto rozpowszechniać informacje, jakoby kobieta była związana „duchowym małżeństwem” z japońskim pilotem kamikadze w czasach II wojny światowej, co miało jeszcze mocniej zdyskredytować jej pozycję jako ofiary przestępstw na tle seksualnym. Według przedstawicieli Lee, historia była jedynie zniekształceniem artykułu z końca lat 90, nawiązującego do jej udziału w nabożeństwie żałobnym jednego z japońskich pilotów za czasów okupacji.

Wydatki prowadzącej Rady budzą podejrzenia

Yoon Mi-hyang przeprosiła za zaistniałą sytuację jednak nie zdecydowała się na rezygnację ze stanowiska w parlamencie, pomimo rosnących zarzutów, skierowanych przeciwko niej. Kwak Sang-do, prawnik prowadzący dochodzenie w sprawie funduszy Rady Koreańskiej, podziela zdanie Lee i uważa, że Yoon wykorzystywała pieniądze z darowizn dla własnych korzyści.

Według prawnika, przewodnicząca w ostatnich latach zakupiła co najmniej pięć nieruchomości, wykorzystując do tego fundusze organizacji. Dodatkowo Yoon miała wykorzystać pomoc kilku fundacji stowarzyszonych, w tym Fundacji Nadziei Kim bok-dong – nazwaną na cześć jednej z byłych „kobiet pocieszycielek”, zajmującą się m.in. udzielaniem stypendiów dla kobiet – aby pomóc członkom swojej rodziny. W 2012 roku, córce Yoon zostało przyznane stypendium przez fundację, by umożliwić jej rozpoczęcie studiów na uniwersytecie w Chicago. W podobnym okresie Yoon wypłaciła około 61 tysięcy USD swojemu ojcu, który pracował jako dozorca i opiekun Anseong Healing Centre, wyższej klasy schroniska dla kobiet, pod Seulem.

Wspomniany ośrodek został zakupiony przez byłą przewodniczącą Rady za pieniądze z funduszu grupy w 2013 roku za 600 tysięcy wonów. Było to możliwe dzięki inwestycji Hyundai Heavy Industries. Kolejne 80 tysięcy zostało wydane na aranżację wnętrz i potrzebne wyposażenie. W jednym z wywiadów Yoon, podkreśliła, że nie szczędzono pieniędzy na wystrój, by zapewnić właściwe warunki dla starszych kobiet i by czuły się tam dobrze. Jednak według prasy, żadna z kobiet nigdy nie została przeniesiona do schroniska. Placówka została sprzedana po pięciu latach, poniżej ceny rynkowej.

Oprócz tego, przewodnicząca miała zakupić nowy dom na własny użytek z pieniędzy fundacji. Także te zarzuty nie zostały potwierdzone przez Yoon Mi-hyang, jednak niepewność co do jej wersji pośród opinii publicznej budzi fakt, że według lokalnych raportów nowo wybrana członkini parlamentu zakupiła swój obecny dom zanim sprzedała poprzednia zamieszkiwaną nieruchomość. Właśnie dlatego zaczęły pojawiać się spekulacje, że kobieta mogła wykorzystać fundusze nienależące do niej.

Według Lee Na-Young, organizacja poprosiła już o zewnętrzny audyt księgowy i oczekuje na rozwój sytuacji. Wcześniej jednak przyznała się do „drobnych błędów” w księgach rachunkowych grupy.

Czy zarzuty korupcyjne zniweczą 30-letnią pracę byłych „kobiet- pocieszycielek”?

Koreańscy analitycy polityczni obawiają się, że kryzys w Radzie Koreańskiej ds. Sprawiedliwości i Pamięci w sprawach wojskowego niewolnictwa seksualnego z okresu japońskiej okupacji może doprowadzić do utraty wiarygodności nie tylko samej grupy, ale i ofiar, starających się poszerzać wiedzę społeczeństwa na temat doświadczeń tysięcy kobiet z czasów wojny. Badacze wyrazili obawy, że cała sytuacja może nawet doprowadzić do przerwania trwającej niespełna trzydzieści lat kampanii byłych kobiet-pocieszycielek, mimo że ich żądania nie zostały jeszcze spełnione.

Niektórzy z badaczy, jak Yu Chang-Seon, póki co nie uważają działań Yoon i innych członków za wyjątkowo problematyczne, ponieważ zarzuty nie zostały jeszcze potwierdzone, a cała sprawa jest ciągle w toku. Jednak jeśli oskarżenia nie zostaną w pełni wyjaśnione, może to doprowadzić do dalszych problemów w funkcjonowaniu Rady i wpłynąć negatywnie na chęć darczyńców do wspierania organizacji.

Jednym z ważniejszych następstw całej sytuacji jest bowiem powiększająca się liczba osób i firm zawieszających swoje darowizny dla organizacji. Wśród nich znajduje się m.in. Naver, największa koreańska wyszukiwarka internetowa, która zadecydowała niedawno o wstrzymaniu internetowego programu zbierania funduszy dla Rady.

Shin Yul, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie Myongji, podkreślił, że Korea powinna skrupulatnie podejść do wyjaśnienia wszelkich zarzutów i uważać na wszelkie próby zdyskredytowania działań grupy w celu podniesienia świadomości społeczeństwa o wojennych przestępstwach seksualnych Japonii. Takie próby miały już jednak miejsce. The Korea Times przywołuje wypowiedzi dwóch krytyków „kobiet-pocieszycielek” – byłego profesora Seoul National University Lee Young-hoon i profesora Yonsei University Lee Seok-choon. Wraz z wybuchem skandalu, ponownie zaczęli twierdzić, że żadne niewolnictwo seksualne kobiet, w tym głównie kobiet koreańskich, w latach 40. nie miało miejsca, a kobiety służące japońskiej armii były co najwyżej  „dobrowolnymi prostytutkami”.

Istnieją także obawy, że konserwatywne japońskie media wykorzystają zarówno powstałe zarzuty, jak i postawy przeciwników kampanii w celu, by zdyskredytować ruch kobiet.

 

 

Grupa przez 30 lat swojej działalności koncentrowała się przede wszystkim na rozwoju kampanii, nie poświęcając zbyt wiele czasu na kwestie sposobu zarządzania Radą.  Według wspomnianego wcześniej Yu Chang-seon:

„Domniemane nadużycia księgowe częściowo wynikają z niedostatecznego i nieprzejrzystego zarządzania finansami rady. W złym środowisku pracy pracownicy często robili to, co kazała im przełożona, mimo że instrukcje były nieetyczne”.

Analitycy zwracają uwagę, że może to być odpowiedni moment dla Rady Korei by zastanowić się dokładnie nad własnymi działaniami z przeszłości, znaleźć wszelkie niedociągnięcia i wyciągnąć z nich lekcje, aby w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji i usprawnić działania na rzecz praw kobiet.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here