Upadek Hongkongu: drakońskie prawo pogrzebanych nadziei

660

Po ponad roku od rozpoczęcia prodemokratycznych demonstracji Hongkong ugina się pod ciężarem nowej ustawy o bezpieczeństwie publicznym. Wydaje się, że liczne aresztowania i brutalna pacyfikacja protestów kończy rok walki o większą autonomię, wolność i sprawiedliwe sądownictwo.

Drakońskie prawo

Podpisana we wtorek ustawa zabrania wszelkich aktów wymierzonych w interes narodowy Chin. Skandowanie haseł, noszenie flagi lub koszulki z wolnościowymi sloganami czy nawet przebywanie w pobliżu grupy demonstrantów, na przykład w autobusie, może skutkować aresztowaniem i bardzo szybkim procesem. Pekin zacieśnił pętlę wokół miasta, chcąc je ostatecznie włączyć pod swoją jurysdykcję. Dużo szybciej, niż wynikałoby to z umowy z Wielką Brytanią.

Działania chińskiego rządu spotkały się z wyraźnym sprzeciwem Zjednoczonego Królestwa i USA. Mike Pompeo, sekretarz stanu w gabinecie Donalda Trumpa stwierdził, że „paranoja i strach” skłoniły władze w Pekinie do ukrócenia autonomii regionu. Stany ogłosiły wstrzymanie do Hongkongu eksportu sprzętu wojskowego i amerykańskiej technologii, która mogłaby zostać wykorzystana przez chiński wywiad.

Na uchodźctwie

Tymczasem premier Boris Johnson we środę zadeklarował w Izbie Gmin, że Wielka Brytania przyjmie pod swoje skrzydła 3 miliony mieszkańców Hongkongu. Uchodźcy mają otrzymać brytyjskie obywatelstwo i możliwość spokojnego życia w granicach Królestwa. Oświadczenie Brytyjczyków zbiega się z działaniami demonstrantów, którzy chcą kontynuować swoje działania za pośrednictwem rządu na uchodźctwie. Miasto opuścił już prodemokratyczny lider Nathan Law, Simon Cheng, torturowany przez chińską tajną policję i wielu innych. Swoimi działaniami w Europie pragną ciągle przypominać rządowi w Pekinie, że demokracji nie da się złamać siłą.

Na miejsce aresztowanych lub zbiegłych członków rządu Hongkongu Pekin mianuje własnych ludzi, którzy mają dopilnować, że wchłonięcie miasta przez Chińską Republikę Ludową będzie przebiegać bez zakłóceń. Nowe przepisy umożliwiają masowe aresztowania i ułatwiają tłumienie zamieszek, ale także wprowadzają cenzurę mediów, ograniczając dostęp do informacji w takim samym stopniu, jak w kontynentalnych Chinach. Media społecznościowe, które były jednym z głównych narzędzi służących do organizowania protestów, zostały praktycznie zablokowane, a komunikacja między demonstrantami odcięta lub silnie monitorowana. To zdecydowane ułatwienie dla partyjnych urzędników, którzy w Hongkongu mają ostatecznie zaprowadzić chiński porządek.

Koniec „wolnego miasta”

Dawna brytyjska kolonia, która obok niegdyś należącego do Portugalczyków Makau była jednym z dwóch „wolnych miast” w Chinach, właśnie przestała nim być. Aneksja Hongkongu stała się faktem po 23 latach od przekazania go Chińczykom przez rząd brytyjski. To duży cios nie tylko dla lokalnej społeczności, ale także dla światowej gospodarki i wielkich korporacji opierających swoje działania na współpracy z bogatymi hongkońskimi firmami. Środowisko biznesowe w regionie przewiduje olbrzymie straty i nieodwracalne zniszczenia, a ich globalne skutki są trudne do oszacowania. Jedno jest pewne – Pekin wygrywa to starcie. Największy cios przyjmą na siebie korporacje europejskie i amerykańskie. W kontekście tlącej się wciąż wojny handlowej pomiędzy Chinami a USA, działania chińskiego rządu mogą kompletnie zmienić globalny układ wpływów.

Najwyraźniej rok 2020 okazuje się czasem intensywnych przemian. Dla mieszkańców Hongkongu i światowego biznesu – zbyt intensywnych.

 

PODZIEL SIĘ
mm
Antropolog, student ostatniego roku w Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w badaniach mobilności, migracji oraz relacji międzyetnicznych. Na co dzień związany również z East Analytics.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here