„Przeżyliśmy piekło” – wojna koreańska w listach amerykańskich żołnierzy

599

25 czerwca 2020 r. minęła 70. rocznica wybuchu wojny koreańskiej. Do dnia dzisiejszego zwaśnionym stronom nie udało się podpisać traktatu pokojowego. Obowiązujący rozejm z 27 lipca 1953 r. zawiesił działania zbrojne i jednocześnie utrwalił podział narodu koreańskiego na dwa, przeciwstawne sobie pod każdym względem (ustrojowym, gospodarczym, społecznym itp.) państwa.

Wojna koreańska toczona w latach 1950-1953 była bez wątpienia bratobójczym konfliktem. Obie strony – zarówno KRL-D, jak i Republika Korei – dopuszczały się straszliwych zbrodni na ludności cywilnej (bombardowanie miast i miasteczek, palenie wsi, mordowanie podejrzanych o współpracę z Amerykanami lub z komunistami itp.). Ponadto Półwysep Koreański stanowił pole rywalizacji pomiędzy Związkiem Radzieckim a Stanami Zjednoczonymi. Jedna i druga strona utrwalała swoje wpływy na terytorium koreańskim. Co prawda ZSRR oficjalnie nie walczył, ale wspomagał dostawami broni najpierw Kim Ir Sena, a następnie Mao Zedonga. Warto tutaj zaznaczyć, że Rosjanie – piloci przebrani w północnokoreańskie mundury – uczestniczyli jedynie w walkach powietrznych.

Nie taka sama perspektywa

Pamięć o wojnie koreańskiej, w zależności od danego państwa, jest inaczej kultywowana w Stanach Zjednoczonych, Republice Korei czy KRL-D. Mieszkańcy Korei Południowej przedstawiają konflikt z lat 1950–1953 jako wrogą inwazję komunistycznego reżimu północnokoreańskiego pod kontrolą Związku Radzieckiego i Chińskiej Republiki Ludowej. Najlepiej to widać w The War Memorial of Korea, założonym 10 czerwca 1994 r. w Seulu. Dla Koreańczyków jest to szczególne miejsce – służy jako narodowe miejsce edukacji moralnej. Ponadto przechowuje się w nim materiały związane z wojną koreańską. W muzeum znajduje się około 33 000 artefaktów, z czego około 10 000 można obejrzeć w halach wystawowych wewnątrz i na zewnątrz.

Dla KRL-D wojna koreańska stanowiła próbę wyzwolenia Republiki Korei spod okupacji „marionetkowego reżimu” Li Syngmana. Szczególnym miejscem jest Victorious Fatherland Liberation War Museum znajdujące się w Pjongjangu. Wspomniane miejsce stanowi również podkreślenie roli przywódcy KRL-D – Kim Ir Sena, który dążył do zjednoczenia Korei i wygnania imperialistów. Warto tutaj zaznaczyć, że muzeum ma charakter antyamerykański i winą za wybuch wojny obarczone są USA.

Natomiast dla strony amerykańskiej wojna w Korei była wyzwaniem rzuconym przez Stalina. Stawką nie była już niepodległość Republiki Korei, ale bezpieczeństwo Japonii, Europy i innych regionów będących obiektem zainteresowania ZSRR. Wyjątkowym miejscem pamięci w USA jest Pomnik Weteranów Wojny Koreańskiej – utworzony 27 lipca 1995 r., znajdujący się w pobliżu Lincoln Memorial w National Mall w Waszyngtonie. Pomnik upamiętnia ofiary oraz wszystkich tych, którzy służyli w amerykańskich służbach zbrojnych w Korei w latach 1950-1953.

Zapomniana wojna

W świetle dostępnych źródeł zginęło od 34 do nawet 54 tys. amerykańskich żołnierzy. Na początku lat 50. XX w., obok II wojny światowej, wojna w Korei była olbrzymim wysiłkiem dla USA, zarówno pod względem finansowym, mobilizacyjnym, jak i logistycznym. Pomimo tego można odnieść wrażenie, że wojna ta nigdy nie zapisała się w amerykańskiej świadomości społecznej tak, jak np. w wojna w Wietnamie, którą prowadzono niedługo później. Amerykańscy weterani nieraz mieli żal o to, że ich młodsi koledzy, którzy służyli w Wietnamie, są lepiej zapamiętani. Natomiast o wojnie w Korei nikt nie słyszał lub nie przypisywał jej większego znaczenia, co stanowiło poważny błąd.

Żołnierze, którzy służyli na Półwyspie Koreańskim i walczyli na froncie z komunistami z KRL-D i z Chińskiej Republiki Ludowej pozostawili po sobie setki listów, które w ostatnim czasie są zbierane i digitalizowane przez różne organizacje lub portale zajmujące się historią m.in. American Veterans Center, Korean War – Educator, Wilson Center. W tym kontekście napisane listy są cennymi dokumentami historycznymi, które pokazują nam brud wojny, tęsknotę za ojczyzną i osobiste doświadczenia „amerykańskich chłopców”. Niektóre z nich są głęboko poruszające, ponieważ nigdy nie doczekały się odpowiedzi lub losy ich autorów pozostały tajemnicą.

„Jak się dzisiaj czujesz, moje kochanie”?

Wojnę koreańską rozpatruje się jak każdy inny międzynarodowy konflikt na poziomie rywalizacji mocarstw. Dość często pomijany jest aspekt ludzki, a obok faktów stanowi on interesujące źródło wiedzy. Z zachowanych listów możemy dowiedzieć się o nastawieniu amerykańskich żołnierzy, ich problemach, motywach wstąpienia do armii itp. Jeden z weteranów Jack Parchen pisał, że „żołnierze piechoty morskiej walczyli nie za »mamę i szarlotkę«, ale dlatego, że byli w Korei i mieli robotę do zrobienia”. Nie brakowało również głosów krytyki pod adresem społeczeństwa amerykańskiego. W wyniku przedłużających się walk, wskutek włączenia się Chińskiej Republiki Ludowej do wojny, a następnie dymisji MacArthura, wśród walczących żołnierzy zapanowało przekonanie porzucenia i niesprawiedliwości, że oto oni walczą, kiedy inni nie muszą „brudzić swoich rąk” – „ludzie byli bardziej zainteresowani ukończeniem edukacji w G.I. Bill, budowaniem domów, posiadaniem dzieci i kupowaniem samochodów niż brudzeniem się w Korei”.

Interesującą relacje z frontu pozostawił po sobie szeregowy Donald Luedtke, który napisał list do swoich rodziców 20 sierpnia 1950 r. Opisał w nim swoje zmagania wojenne i krótko zarysował walki z komunistami: „Zacznę od początku. Wyjechaliśmy do Korei 1 lipca. Byliśmy pierwszym pułkiem, który tam wylądował i walczył. Koreańczycy z północy mieli około dziesięciu dywizji wobec naszego jednego pułku. Wszystko, co mogliśmy zrobić, to uderzać na nich i cofać się, a oni cały czas nas otaczali. A teraz dotrzemy do Taejon – jedynego miejsca, którego nigdy nie zapomnę. Całkiem spore miasto. Byliśmy tam przez około cztery dni. Przez ostatnie dwa dni, w których tam byliśmy, rozpętało się piekło. Rankiem 19 lipca kiedy obudziłem się, samoloty wroga podleciały i nieco nas ostrzelały, zestrzeliły jeden z naszych samolotów myśliwskich i nic nie pozostało po nim, kiedy spadł”.

Niektóre z listów przedstawiają krwawy obraz wojny. Bob Hammond w liście do ojca z 7 grudnia 1950 r. czuł się bezsilny, gdy musiał oglądać śmierć przyjaciela – „widziałem, jak mój dobry kumpel umiera z powodu ran i braku lekarstw. Płakałem, czułem się całkowicie bezradny”. W połączeniu z młodzieńczą niewinnością wielu amerykańskich żołnierzy nie rozumiało natury wojny, a nawet roli, jaką mieli do odegrania w tym konflikcie – „nie sądzę, że całkowicie zrozumiałem, o co chodzi w tej wojnie […], była to dla mnie jedynie przygoda”.

Inny żołnierz, Donald Byers, w liście do rodziców z 8 marca 1951 r. pisał tak: „byliśmy zmarznięci, głodni i tak zmęczeni, że po prostu padliśmy na ziemię, kiedy zatrzymaliśmy się na odpoczynek”. Od momentu włączenia się Chińskiej Republiki Ludowej do wojny po stronie KRL-D, amerykańscy żołnierze wycofywali się z Korei Północnej na linie wyjściowe, a więc za 38. równoleżnik, by następnie bronić terytorium Republiki Korei. Wielu z nich w długich marszach było świadkiem śmierci najbliższych kolegów z oddziałów lub mierzyło się z koreańską pogodą, która obok wroga również stanowiła wyzwanie. Niestety gorące i wilgotne lato koreańskie było prawdziwą zmorą dla żołnierzy amerykańskich. Natomiast zimy bynajmniej nie prezentowały się lepiej: „Nie zrozum mnie źle. Nadal chcę szybki samochód, gorącą dziewczynę i zimne piwo, ale były takie chwile, kiedy wymieniałbym wszystkie te rzeczy na ciepły koc … Były momenty, kiedy zamieniłbym swoją duszę na filiżankę gorącej kawy” .

Oprócz relacji frontowych, żołnierze poruszają także inne kwestie, jak np. założenie rodziny po wojnie, nieraz wypytywali o zdrowie najbliższych lub jakie wydarzenia miały miejsce w miejscowościach, z których pochodzili. Ciekawym zjawiskiem jest przewijająca się prośba o papierosy, cygara lub nawet alkohol, by przysłano im w kolejnych paczkach. Jednak pojawiają się również sprawy bardzo osobiste. Niektórzy Amerykanie służący na froncie w Korei byli świeżo po ślubie, jak np. Lavar Hollingshead, który w liście do żony z 19 lutego 1951 r. tak pisał: „Właśnie otrzymałem dziś od ciebie dwa listy. Siedząc tutaj i czytając je, zdałem sobie sprawę, że jesteśmy małżeństwem od sześciu miesięcy. Czy to rocznica? Obawiam się, że nie będziemy razem w rocznicę, ale pewnego dnia będziemy mogli być razem”.

Żołnierz – Bob Spiroff, uczestnicząc w walkach liczył się z tym, że każdy dzień może być jego ostatnim, dlatego zdecydował się napisać list do swojej żony. Dziękuje w nim za jej miłość i błaga ją, aby nie rujnowała sobie życia i znalazła miłość z innym mężczyzną, gdyby zginął. Co ciekawe, nigdy nie wysłał tego listu. Prawdopodobnie nosił go ze sobą, aby w momencie śmierci został przekazany wspomnianej żonie. Niniejszy list zasługuje jeszcze na inną uwagę, pokazuje głębokie przywiązanie do takich wartości jak rodzina, wiara czy wierność ojczyźnie. Pomimo pogarszających się warunków na froncie w poniższym liście trudno doszukać się krytyki dowództwa lub administracji rządzącej w USA:

„Mam nadzieję, że nigdy nie otrzymasz tego listu, chyba że sam ci go pokażę. Gdy to piszę, jesteśmy na patrolu. W tej chwili zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Miałem te kilka kartek w kieszeni, więc pomyślałem, że napiszę ci ten list. Mam nadzieję, że ukończę go na czas.
Mój pluton ma za zadanie oczyścić okoliczne wioski ze wszystkich snajperów wroga, którzy ukrywają się i strzelają do naszych żołnierzy jeden po drugim. Większość z nich ma na sobie ubrania cywilne. Obecnie oczyściliśmy tylko jedną wioskę i teraz odpoczywamy, zanim wrócimy do pracy. To niebezpieczna robota, kochanie. Wszystko może się zdarzyć. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze z Bożą pomocą. Jakkolwiek, kochanie, jeśli coś mi się dziś stanie – lub przed końcem tej wojny i nie wrócę do was, proszę, zróbcie dla mnie jedną rzecz. Nie chcę, żebyś się załamała i straciła wszelką nadzieję. Nie chcę, żebyś cierpiała z rozpaczy. (…) Kochana Cassie, chcę, żebyś znalazła kogoś innego, bo nie możesz być sama – i nie powinnaś! (…) Chcę, żebyś był szczęśliwa kochanie, bo zasługujesz na szczęście”.

Wśród zachowanych listów można zauważyć, że żołnierze pisali nie tylko o swoich przeżyciach wojennych. Pojawiają się krótkie wzmianki o Korei i jej mieszkańcach. Wspomniany wcześniej Hollingshead w liście z 27 lutego 1951 r. tak pisał: „Mamy teraz z sobą koreańskiego dzieciaka. Ma 18 lat (…). Przed wojną mieszkał w Seulu. Potrafi mówić równie dobrze jak wielu Amerykanów, których słuchałem, i jest całkiem sprytny. (…). Mieszka w naszym namiocie i mogę powiedzieć jedno: jest najczystszym Koreańczykiem, jakiego widziałem. Codziennie się myje”.

Z reguły przez większość korespondencji przetacza się negatywny obraz mieszkańców Półwyspu Koreańskiego. „Zeszłej nocy w mieście zginął sierżant zamordowany przez niektórych Koreańczyków z południa, a jeśli o mnie chodzi, to nie ufałbym im bardziej niż Koreańczykom z północy. Słyszałem, (…) że zabiją człowieka za dolara. Cały czas mam ze sobą pistolet. Jestem pewien, że wielu Koreańczyków z Północy wymieszanych jest z tymi z południa, ponieważ ulice pokryte są uchodźcami z północy, gdzie toczy się walka”. Ponadto, przyjmując dzisiejszą narrację, wielu amerykańskich żołnierzy można by wręcz oskarżyć o ksenofobiczny język, a nawet rasizm. Koreańczycy są określani jako: gooks, chinks, orientals, Luke the Gook, chinamen itp. Warto tutaj zaznaczyć, że podobne określenia stosowali również mieszkańcy Republiki Korei wobec Amerykanów i żołnierzy innej narodowości walczących pod flagą Narodów Zjednoczonych (ONZ), a zwłaszcza w stosunku do czarnoskórych. W tym aspekcie wojna koreańska była również zderzeniem różnych kultur.

Ciekawą kwestią pozostają również relacje pomiędzy żołnierzami amerykańskimi a koreańskimi. Tym ostatnim zarzucano lenistwo, brak chęci współpracy, słabe przeszkolenie, a momentami tchórzostwo. Ponadto Amerykanie podkreślali niewdzięczność narodu koreańskiego wobec ofiary, jaką USA złożyły na froncie w postaci setek zabitych żołnierzy. Należy dodać, że mieszkańcy Republiki Korei nie byli przygotowani do wojny, a armia południowokoreańska nie mogła stać w jednym szeregu z wojskami USA i mierzyć się z przeszkolonymi oddziałami z KRL-D.

Innym interesującym wątkiem w listach są także zawarte opisy przeciwnika. Jim Elkins w wiadomości do żony ze stycznia 1951 r. tak wspominał opór żołnierzy północnokoreańskich: „Podczas wczorajszego patrolu widzieliśmy około 15 czołgów wroga wzdłuż drogi, które zostały zniszczone. Naprawdę walczyli tutaj jak diabli”. W innym liście z marca tego samego roku pisał: „Moje nerwy są pod odstrzałem. Za każdym razem, gdy [Koreańczycy] zaczynają strzelać, boję się jak diabli. Gdy pociski się zbliżają, wydają trzaskający dźwięk, zupełnie jak bicz, gdy nim uderzasz.

Wśród wielu żołnierzy trafiały się także liczne przypadki samobójstw. Nie wiadomo, jaki to był procent strat w amii amerykańskiej, ale zagadnienie to również przejawiało się w listach. Wspomniany szeregowy Jim Elkins był świadkiem takiego wydarzenia: „Zeszłej nocy Oficer K.M.C. popełnił samobójstwo na oddziale szpitalnym. Postrzelił się prosto w serce. Kiedy usłyszałem strzał, to zdenerwowałem się jak cholera. (…). Jego ciało leży na ziemi, na zewnątrz, 10 kroków ode mnie.

„Czy myślisz, że kiedykolwiek podpiszą ten traktat pokojowy”?

W świetle zachowanych relacji wojna koreańska była bez wątpienia prawdziwym piekłem, gdzie ścierały się ze sobą dwie wizje świata – demokratycznego i komunistycznego. Żołnierze byli świadkami strasznych okrucieństw, a śmierć mogła rzucić swój złowrogi cień na każdego z walczących. Działania zbrojne obejmowały cały Półwysep Koreański. Ponadto za każdym odcinkiem frontu toczyły się jeszcze działania partyzanckie i służb specjalnych, które zaczęły odgrywać coraz większą rolę w konfliktach międzynarodowych. Wydawać się może, że podpisany rozejm w Panmundżomie oznaczał przysłowiowy koniec wojny, przynajmniej w sferze militarnej. Jednak wracających z frontu czekała jeszcze jedna walka. Bestialstwo toczonych bitew, śmierć najbliższych spowodowały, że do końca życia wielu żołnierzy zmagało się z zespołem stresu pourazowego i nie mogli odnaleźć się w innej rzeczywistości niż w tej, w której żyli z dala od domu w latach 1950-1953.

PODZIEL SIĘ
Absolwent studiów magisterskich na kierunku Historia, Studia Azjatyckie i licencjackich na kierunku Stosunki Międzynarodowe (specjalizacja: dyplomacja współczesna) na Uniwersytecie Jagiellońskim. Główne obszary zainteresowań: polityka USA wobec Półwyspu Koreańskiego, polityka zagraniczna państw koreańskich, stosunki polityczno-gospodarcze pomiędzy ChRL a KRL-D. Obecnie pracownik Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Adres email: karolstarowicz@wp.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here