Birma: wyborcza rekoronacja Aung San Suu Kyi

444

W zakończonych ósmego listopada wyborach powszechnych w Birmie rządząca Narodowa Liga na rzecz Demokracji (NLD) pod wodzą Aung San Suu Kyi odniosła miażdżące zwycięstwo. Choć nie ogłoszono jeszcze oficjalnych wyników wyborów, to przytłaczająca wygrana NLD jest już pewna.

Covidowe wybory

Birma przystępowała do głosowania w niesprzyjających warunkach. Pandemia koronawirusa pustoszy to słabe państwo. Codzienne notowane są rekordy zakażeń. Zamknięto największe miasto, Rangun. Wprowadzono ograniczenia w transporcie i zgromadzeniach publicznych. Służba zdrowia jest na skraju załamania.

W tej sytuacji opozycja i mniejsze partie wzywały do przełożenia wyborów. Ale rządząca krajem Aung San Suu Kyi pozostała głucha na te głosy. Oświadczyła, iż wybory są ważniejsze dla przyszłości kraju niż walka przeciwko Covid-19.

Suu Kyi kierowała się podwójną logiką. Po pierwsze, odroczenie wyborów mogłoby spowodować próbę zamachu stanu ze strony armii. Po drugie, nie poradzenie sobie z pandemią groziło utratą części poparcia społecznego przez rząd. Decyzja Suu Kyi była spójna z jej filozofią polityczną, przywódczyni wykazała się również polityczną intuicją.

Procenty mają znaczenie

Stawką wyborów było utrzymanie cywilnych rządów NLD. Czyli kontynuacji transformacji politycznej: stopniowej de-armizacji kraju. W hybrydowym systemie politycznym Birmy władza jest dzielona między demokratycznie wybierany rząd i potężną armię. Co oznacza, że każda siła opozycyjna wobec armii (taką jest NLD) musi uzyskać w wyborach minimum 67% wybieralnych miejsc w parlamencie. Armia posiada bowiem 25% miejsc w parlamencie (166 mandatów): jej posłowie są desygnowani przez głównodowodzącego armią. Wybory wyłaniają pozostałe 75% miejsc w parlamencie (498 mandatów).

Każda opozycja musi uzyskać minimum 67% wybieralnych mandatów w 664-osobowym dwuizbowym parlamencie by móc przegłosować posłów wojskowych i resztę. Przekłada się to na 334 mandaty (odpowiednio 113 w izbie wyższej i 221 w niższej), albo 67% wszystkich wyłanianych mandatów. Jednak nie wszystkie mandaty są wybierane w trakcie wyborów (na części obszarów kraju głosowanie jest przekładane z uwagi na partyzantkę). W efekcie liczba mandatów koniecznych do uzyskania przewagi w obu izbach zmienia się z wyborów na wybory. W 2015 r. było to 329 mandaty. A w tegorocznych 322.

Innymi słowy, każda wygrana poniżej progu 332 mandatów byłaby dla NLD zwycięstwem pyrrusowym.

Gerrymandering po birmańsku

Zwycięstwo NLD było przewidywalne. Słabość głównej partii opozycyjnej, wojskowej USDP. Rozdrobnienie i wzajemne skłócenie partii etnicznych. Pozostawiony przez spadku przez kolonializm brytyjski system JOW-ów premiujący duże partie (a takimi są NLD i USDP). Wreszcie, Centralna Komisja Wyborcza, desygnowana przez NLD, wykazująca się miejscową formą gerrymanderingu (anulowanie wyborów na części terenów etnicznych z powodu zagrożenia partyzanckiego: nawet tam, gdzie go nie było). To wszystko uprawdopodobniało zwycięstwo NLD.

Jednakże powszechnie zakładano, że partia rządowa wygra ze słabszym wynikiem niż w 2015 r. Wtedy wybory stały się de facto plebiscytem nad rządami armii: przybudówka wojskowych, USDP uzyskała… tylko 41 mandatów (8%). Zaś NLD zdeklasowała rywali zdobywając 390 mandatów (79% wszystkich dostępnych).

Teraz jednak, po pięciu latach przeciętnych rządów NLD, niezrealizowaniu szumnych obietnic i zrażeniu do siebie mniejszości etnicznych, otwartym pytaniem pozostawało, czy NLD uzyska wymarzone 332 mandaty.

Drugi plebiscyt

Wybory zaskoczyły obserwatorów zachodnich, gdzie przeważa rozczarowanie wobec działań Suu Kyi, szczególnie jej bierności wobec prześladowań muzułmańskiej mniejszości Rohingya. Zawiedziona fascynacja postacią Suu Kyi powoduje na Zachodzie nieżyczliwy krytycyzm ujawniający się w zwracaniu uwagi na niedostatki młodej birmańskiej demokracji (sąsiednie autokracje, takie jak Wietnam, Laos czy Singapur traktowane są znacznie bardziej wyrozumiale). Stąd też na Zachodzie sądzono, że NLD wygra nieznacznie, przy małej frekwencji i dużych sporach, co podkopie legitymizację Suu Kyi.

Tymczasem Birma znów zaskoczyła obcokrajowców. Birmańczycy poszli tłumnie na wybory, bijąc rekord frekwencji (ok. 85%!). I to pomimo Covidu i związanych z nim ograniczeń. Wybory przebiegły, jak zwykle w Birmie, w sposób spokojny i zdyscyplinowany. Zaś wynik nie pozostawił żadnych złudzeń.

W momencie pisania tego komentarza znane są tylko cząstkowe wyniki (CKW wciąż liczy głosy) i sondaże. Ale nie ma wątpliwości co do miażdżącego zwycięstwa NLD. Według oficjalnych wyników partia Suu Kyi zgarnęła 396 mandatów (82% wszystkich dostępnych) deklasując USDP (33 mandaty, niecałe 7%) i partie etniczne. Za wyjątkiem kilku stanów (m.in. Arakan, Karenni), NLD zwyciężyła wszędzie, gromiąc rywali. Wybory stały de facto drugim plebiscytem: tym razem nad rządami Suu Kyi.

Rekoronacja Aung San Suu Kyi

Są cztery główne powody zwycięstwa NLD.

Po pierwsze, Birmańczycy nie zapomnieli koszmaru rządów armii. Każdy, kto występuje przeciwko armii, może liczyć na poparcie społeczne. Suu Kyi, którą generałowie trzymali 15 lat w areszcie domowym i zniszczyli jej rodzinę, ma piękną opozycyjną kartę. Jest wiarygodna jak nikt. Dopóki występuje jako gwarant utrzymania armii z dala od życia zwykłych ludzi, zawsze wygra.

Po drugie, jej rządy nie były takie złe. Chociaż nie dokonała żadnych spektakularnych reform, to nie popsuła kierunku transformacji (zapoczątkowanej, nawiasem mówiąc, przez reformatorskie skrzydło armii). A to dzięki reformom systemowym i otwarciu na świat Birmańczykom żyje się dziś znacznie lepiej niż dziesięć lat temu. Są lepiej sytuowani, mogą wyjeżdżać za granicę, nie egzystują już we wszechogarniającym strachu. To niekoniecznie zasługa samej Suu Kyi, ale mogła przecież cały ten potencjał zmarnować.

Po trzecie, Suu Kyi i Birmańczyków łączy trudno wytłumaczalny dla świata zewnętrznego związek emocjonalny. Dla ok. 60% społeczeństwa (w tym dla ok. 90% Birmańczyków) Suu Kyi jest „matką narodu”. Opiekuje się ludźmi, dba o nich, broni przed armią. Suu Kyi, rzecz jasna, świadomie gra tę rolę (ostatnio uczyła ludzi jak myć ręce i trzymać dystans społeczny), ale to coś więcej niż tylko PR. W czasach pandemii ludzie potrzebują otuchy: świadomości, że rządzący dają radę i obronią ich. Polityczna matczyność Suu Kyi wychodzi naprzeciw tym potrzebom.

Wreszcie po czwarte, w birmańskiej tradycji wybory odwołują się do buddyjskiego wzorca elekcji Mahā-Sammaty, mitycznego pierwszego władcy świata z buddyjskiego kanonu (konkretnie z Aggañña-sutta). Maha Sammata był najlepszym, najmoralniejszym z ludzi, dlatego został jednomyślnie wybrany. Ten silny wzorzec jest mocno zakorzeniony i podświadomie wpływa na decyzje wyborcze. Ludzie głosują na kandydatów dobrych, etycznie sprawdzonych. Suu Kyi jest tutaj bezkonkurencyjna.

Dlatego właśnie poprzednie wybory, w 2015 r., były de facto jej wyborczą koronacją na nieformalną królową Birmy. Zaś obecne wybory są tego powtórzeniem: rekoronacją Aung San Suu Kyi.

Po wyborach

Tak wielkie zwycięstwo zaskoczyło nawet samą partię rządzącą. W świetle wyniku wyborów gerrymandering CKW okazał się urzędniczą nadgorliwością. 22 mandaty anulowane przez Komisję nie zmieniłyby zwycięstwa NLD, a nie pogłębiły nieufności mniejszości wobec rządu. Słowem: niesmak pozostał. To jednak z punktu widzenia birmańskiego szczegół: Birmańczycy niezbyt przejmują się sprawami mniejszości etnicznych.

Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, to w swojej drugiej kadencji Suu Kyi będzie kontynuować dotychczasową politykę zmiany systemu od środka. Oznacza to zakulisowe odcinanie armii od wpływów przy jednoczesnym nieprowokowaniu wojska. W tym birmańskim teatrze cieni Suu Kyi i generałowie stwarzają pozory pojednania narodowego, jednocześnie zażarcie rywalizując za kulisami. Suu Kyi wierzy, że politycznie powoli ugotuje generałów niczym żabę. Oni zaś czekają aż siły życiowe opuszczą 75-latkę. Obie strony są cierpliwe. Wierzą, że czas działa na ich korzyść.

Michał Lubina

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here