Aung San Suu Kyi: wciąż „pani Birmy”, już nie ikona demokracji

733

Poczynając od 2011 roku globalną tendencją wobec Aung San Suu Kyi jest rosnący krytycyzm. Ostatnio nasilił się on lawinowo na skutek wznowionego kryzysu wokół Rohingya. Co ciekawe jednak nie dotyczy to samej Birmy, w której, mimo zauważalnego rozczarowania nadziejami na zmiany, wciąż nie nastąpiło odbrązowienie Suu Kyi.

Powiedzieć, że Aung San Suu Kyi traci swój wielki kapitał moralno-polityczny na Zachodzie jest truizmem. Wystarczy wpisać do wyszukiwarki internetowej hasło Suu Kyi i szybko wyskoczą artykuły o tym, że dawna Noblistka i ikona demokracji stała się – jak to się ładnie mówi – „kontrowersyjna”. Ten proces medialnej degradacji Suu Kyi na Zachodzie wynika (z grubsza) z niezrozumienia kariery Suu Kyi po 1988 roku (zawsze polityka, a nie działaczki wolnościowej) oraz z poczucia zawodu jej „politycznością” i zgniłymi kompromisami z wojskowym establishmentem po 2011 roku. Tak jak kiedyś w modzie było walczenie i wstawianie się za Aung San Suu Kyi, tak teraz wypada ją krytykować. Powszechne są głosy o jej współodpowiedzialności za nieszczęścia muzułmanów Rohingya, a niektórych publicystów wyraźnie ponosi, gdy piszą o Suu Kyi jako „birmańskiej wersji Mugabe”. Jeśli nawet korespondent BBC w Birmie szyderczo przyrównuje Suu Kyi do… Trumpa (pisząc, że oboje są po „niewłaściwej stronie 70-tki”), to jest to wymowne. Wydaje się, że będzie to tylko postępować.

Równie ciekawe, a może ciekawsze, jest powszechne rozczarowanie postacią Suu Kyi wśród mieszkających w Birmie zachodnich ekspatów. Ongiś pracownicy NGO, dyplomaci czy dziennikarze byli w ariergardzie poparcia dla Suu Kyi i walnie przyczynili się do jej deifikacji na Zachodzie. Dziś postawa Suu Kyi (która od czasu objęcia władzy nie udzieliła żadnego wywiadu oraz ustami swoich pomocników zapowiedziała dyplomatom konieczność przeniesienia się z Rangunu do Naypyidaw, co w miejscowych warunkach równa się przeprowadzce z jedynego, w miarę, kosmopolitycznego miasta, do wciąż budowanej stolicy; czyli jest jak zsyłka) oraz legislacyjne kroki jej rządu, będące twórczym rozwinięciem praktyk autorytarnych armii (takich jak wielokrotny nakaz meldunku czy konieczność uzyskania pozwolenia na wyjazd poza Rangun dla każdego obcokrajowca z kartą pobytu), skutecznie zniechęcają do Suu Kyi wierny niegdyś legion jej zachodnich wyznawców. Ten proces również będzie postępować, gdyż Suu Kyi z przyczyn politycznych opłaca się podążanie kursem armii (vide: poprzedni komentarz), co będzie powodowało dalsze rozchodzenie się dróg Noblistki i ekspackiej wspólnoty.

Obcokrajowcy mają jednak drugorzędne (a może trzeciorzędne) znaczenie dla Suu Kyi. Dla niej najważniejsi są Birmańczycy, a ich postawa jest bardzo ciekawa. Z jednej strony wyraźne i wyczuwalne jest rozczarowanie niespełnionymi nadziejami i brakiem reform. Z drugiej jednak strony nie towarzyszy temu krytycyzm wobec Suu Kyi (przynajmniej wyrażany na zewnątrz). W mieszkaniach, sklepach i hotelach nadal wiszą jej portrety czy kalendarze z jej wizerunkiem, a ludzie wciąż chodzą w koszulkach z jej podobizną. Pytani o nią wciąż wypowiadają się pozytywnie, a nawet ze zrozumieniem dla takich antywolnościowych działań jej rządów jak choćby wzmocniona cenzura Internetu (w szczególności Facebooka). Tradycyjnie również przeceniają jej polityczne znaczenie, uważając, że to ona kieruje generałami (w rzeczywistości jest raczej odwrotnie).

Pozytywna ocena Suu Kyi przy rosnącym rozczarowaniu społecznym jej rządów jest zjawiskiem ciekawym . Być może jest to miejscowy odpowiednik „dobrego cara, złych bojarów” (w wersji birmańskiej: Suu Kyi chce pomóc, ale generałowie ją blokują); być może wynika to z autocenzury i/bądź niechęci do przyznania przed sobą (nie mówiąc o innych), że po roku rządów „demokratycznej” Suu Kyi jest tak samo jak za (reformatorskiego) autokratycznego rządu (post)wojskowych po 2011 roku. A może nawet gorzej, bo ilość ograniczeń wolnościowych nie zmalała, a wręcz wzrosła.

Na pewno taka sytuacja jest bardzo korzystna dla samej Suu Kyi, bo pozwala utrzymywać legitymizację jej rządów bez względu na to, jakie by one nie były. Jednak inaczej wygląda to z perspektywy samego społeczeństwa, które być może nie tylko straciło marzenia personifikowane przez Suu Kyi, ale zafundowało sobie znacznie gorszą wersję autokratyzmu, w którym sojusz polityczny Suu Kyi z armią niemal całkowicie betonuje scenę polityczną i ekonomiczne status quo.

 

Z Rangunu,
Michał Lubina

PODZIEL SIĘ
mm
dr nauk społecznych UJ, adiunkt w IBiDW UJ, autor czterech książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych: "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" i "Pani Birmy.Biografia polityczna Aung San Suu Kyi".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here